Krzyczę z czerwonym goździkiem
To ja rzuciłam Jaggerowi czerwonego goździka! - napisała do redakcji Aleksandra Fafius, która w 1967 roku była na pamiętnym koncercie Rolling Stonesów w Sali Kongresowej. Wczoraj na nowo przeżywała występ swoich idoli na Służewcu.
Micka Jaggera z goździkiem w zębach uwiecznili fotoreporterzy obecni na koncercie 40 lat temu. Gwiazdor podniósł go, przeżuł i wypluwał na publiczność. - A jak podnosił tego goździka, to śpiewał "My Sweet Lady Jane, When I See You Again". A ja darłam się wniebogłosy tak jak te wszystkie panienki na koncertach - wspomina pani Aleksandra.
W 1967 roku miała 17 lat i długie blond włosy. Bilety na koncert zdobyła cudem, bo rodzice powiedzieli jej, że pójdzie tam, jeśli będzie mieć średnią ocen 4,5. - No i musiałam okłamać tatusia. Ubłagałam nauczycielkę, żeby napisała mi zaświadczenie. Napisała: "Oleńka ostatnio dobrze się uczy", przecież dobrze to znaczy czwórka, nie? - śmieje się.
Takiego tłumu pod Kongresową wcześniej nie widziała. Przebiła się do piątego rzędu, miejsce przy przejściu. Miała ze sobą goździki - wtedy najpopularniejsze kwiaty. Marzyła, że rzuci je na scenę.
- Poważna zwykle Kongresowa była pełna młodzieży. Ktoś krzyknął, że można kręcić marynarkami, skakać i krzyczeć. To było nie do pomyślenia! - wspomina pani Aleksandra.
Wyszli Stonesi. Kolorowi, potargani. W jednej chwili ryk i krzyk. - Oszaleliśmy! - opowiada Aleksandra Fafius. - Tak bardzo się cieszyliśmy, że oni to właśnie do nas przyjechali, że w żadnym innym socjalistycznym kraju nie grali, że to tu!
Następnego dnia po koncercie pobiegła pod hotel, w którym Stonesi nocowali. Mieszkała tam akurat Tove - Dunka, znajoma jej mamy. Oleńka powiedziała milicjantom, że pilnie musi odwiedzić ciocię, ale jej nie wierzyli. - Szczęśliwie ona przechodziła koło recepcji. Po angielsku rzuciłam jej, że jestem... córką mojej matki. A ona przestraszyła się, że coś się stało. No, stało się, mówię: "Stonesi są w tym hotelu". "Ach, ci chuligani?" - odpowiedziała.
Poszły jednak na obiad do hotelowej restauracji i siedziały stolik w stolik ze Stonesami. Jagger napisał jej na kartce: "Best wishes to my girlfriend", a Oleńka oniemiała ze szczęścia. Autografy robione pomarańczowym flamastrem trzyma do dziś.
- A jak wyjęłam aparat Druh, żeby zrobić im zdjęcia, to Jagger zapytał, czy jest handmade! - śmieje się dziś.
Pani Aleksandra zawsze jeździła na koncerty. Była na Animalsach, Metallice, Pink Floydach w Pradze. Jeździła do Jarocina i do Roskilde.
- Powiedziałam dzieciom, że umrę, dopiero jak będę na koncercie Tiny Turner, Leonarda Cohena i Boba Dylana - mówi. - Jeszcze tylko ten ostatni został. Syn mówi, że mnie nie puści.
Wczorajszego koncertu Stonesów nie mogła się doczekać. Bilety dostała już w maju, na Dzień Matki.
- Moja córka mówi, że ciężko jest być dzieckiem hipiski, ale dobrze wie, co sprawia mi największą radość - miejsca na bilecie są dobre, ale siedzące. No, nie wyobrażam sobie, żebym miała siedzieć! Czy krzyczę na koncertach? Chyba, bo potem dwa dni nie mówię.
Pani Aleksandra mówi, że bardzo się bała, iż przez żałobę narodową koncert zostanie odwołany.
- Nie chodzi o to, że umniejszam tragedię we Francji, ale nie podoba mi się, gdy śmierć jednych ludzi staje się ważniejsza niż innych. Przecież w każdy weekend na drogach ginie tyle osób.
Przed wyjściem na koncert zabrała czerwone goździki.
Aleksandra Fafius ze zdjęciem Jaggera z 1967 r., które zrobiła aparetem Druh