Frekwencja na lekcjach wychowania do życia w rodzinie z roku na rok się zmniejsza. - Młodsze dzieci jeszcze chodzą, ale wiem od koleżanek uczących w szkołach średnich, że tam wielu uczniów rezygnuje - mówi Małgorzata Trela, nauczycielka biologii oraz wychowania do życia w rodzinie w Zespole Szkół w Lipie. - Siódme i ósme klasy szkoły podstawowej też już niechętnie uczestniczą w tych zajęciach. Unikają ich, przynoszą zwolnienia. Oni mówią wprost, że to zmarnowana godzina. Nie proponuje im się tego, czego by oczekiwali. Paradoksalnie nikt nigdy nie zapytał młodzieży, jak tę jedną w półroczu godzinę wykorzystać. Każdy przy tym "dłubie", jak chce, i wprowadza zmiany. Podstawę programową stopniowo ograniczano. W końcu skurczyła się do zagadnień dotyczących rodziny. De facto w każdej klasie powtarzają się tematy: "Dojrzewam", "Higiena", "Moje ciało", "Zmiany", "Moja rodzina". Ile można to wałkować? W klasie siódmej i ósmej to już słabe. Młodzież ma wiele innych problemów - zauważa Małgorzata Trela. - Nie wiem, czy nauczyciel uczący w danej szkole jest osobą, która powinna z nimi rozmawiać. Nie czarujmy się, my nie jesteśmy w stanie sprostać wielu tematom, nie na wszystkim się znamy, więc fajnie, jeżeli opowie o nich specjalista z danej dziedziny.

To tylko fragment artykułu. Aby czytać dalej, kup dostęp poniżej.

4 miliony tekstów od 1989 roku.
Zyskaj dostęp do archiwalnych treści "Gazety Wyborczej".
Znajdź historie, których szukasz.

Kup dostęp