Trzydzieści lat temu, 13 kwietnia 1967 r., w Sali Kongresowej wystąpił zespół The Rolling Stones. Chociaż koncert nie stał na najwyższym poziomie artystycznym, było to największe wydarzenie rockowe lat 60. Do dziś Polski nie odwiedziła większa gwiazda rocka - opowiada Marek Karewicz*

W roku 1967 The Rolling Stones mieli w Wielkiej Brytanii bardzo złą prasę - chodziło nie tylko o muzykę, ale narkotyki, skandale obyczajowe i burdy na koncertach, które towarzyszyły zespołowi niemal od początku istnienia.

Aby zmienić nastawienie prasy, menedżer zespołu wpadł na pomysł występu The Rolling Stones w Moskwie. Występ pierwszej zachodniej gwiazdy rocka na placu Czerwonym stałby się tematem dnia na całym świecie i wszyscy zapomnieliby Stonesom ich grzechy.

Koncert został jednak w ostatniej chwili odwołany z powodu wzrostu napięć politycznych pomiędzy Wschodem a Zachodem. W wolny termin "wskoczyli" czujni pracownicy naszego Pagartu i trochę na wariackich papierach i w pośpiechu zorganizowali koncert w Warszawie.

Stonesi przylecieli do Warszawy z Paryża. Wrażenie musiał na nich zrobić dosyć wówczas obskurny Port Lotniczy Okęcie oraz celnicy, którzy przez dwie godziny drobiazgowo przetrząsali ich bagaż. Prawdopodobnie w poszukiwaniu narkotyków.

Dzięki specjalnej przepustce, jaką otrzymałem w Pagarcie, mogłem towarzyszyć zespołowi przez cały czas ich pobytu w Polsce, czyli od przylotu 12 kwietnia do wylotu 14.

Po zainstalowaniu się w Hotelu Europejskim muzycy zeszli do baru na dole, gdzie zamówili tequilę. Przedwojenny barman, doskonale znający angielski, poinformował ich, że w naszej szerokości geopolitycznej tequila nie występuje od czasów wojny, ale może zaproponować coś bardzo dobrego - polską wódkę. Przed muzykami pojawiła się taca pełna oszronionych, malutkich 25 gramowych kieliszków z wódką, a barman nauczył członków zespołu konsumpcji trunku ze wszystkimi szykanami sztuki, czyli odrzuceniem głowy do tyłu itp. Skutek był taki, że zespół wracał do swoich pokojów na czworakach.

Następnego dnia przygotowania do koncertu rozpoczęły się od małej katastrofy. Ktoś błędnie poinformował brytyjskich techników, że w Polsce w gniazdkach jest takie samo napięcie jak w Stanach, czyli 110 woltów. W efekcie wszystkie wzmacniacze Stonesów w jednej chwili spaliły się - zespół musiał wystąpić ze sprzętem poprzedzających ich Czerwono-Czarnych.

Przed koncertem pod Salą Kongresową zebrał się ogromny tłum. Do środka przeniknęła informacja, że milicja spałowała oczekujących. Nie mam wątpliwości, że ze strony milicji była to prowokacja, bo wówczas fani rocka byli usposobieni bardzo pokojowo i burdy na koncertach po prostu się nie zdarzały. Chciałem wyjść z Kongresowej i zobaczyć, co się dzieje, ale ochrona poinformowała mnie, że jeśli teraz wyjdę, to na pewno nie wejdę z powrotem. Wybrałem Stonesów.

Koncert nie stał na najwyższym poziomie artystycznym, Jagger fałszował, a pozostali członkowie zespołu po prostu nie umieli grać.

Publiczność doskonale znała repertuar zespołu i odśpiewała ze Stonesami.

Podczas koncertu zdarzyło się wiele zabawnych sytuacji - przed pierwszym bisem na scenę wniesiono elegancki kosz z kwiatami. Zespół był tym najwyraźniej zaskoczony. Jagger urwał z kosza jeden goździk, po czym go zjadł. Kiedy domyślił się, że kwiaty pochodzą od oficjeli siedzących jak zwykle w pierwszych rzędach, ostentacyjnie wypiął na nich tyłek, co udało mi się uwiecznić na fotografii.

Zespół nie wystąpił w Polsce dla pieniędzy. Swoje honorarium otrzymali w całości w niewymienialnych wtedy złotówkach. Było to, jeśli dobrze pamiętam, 600 tys. złotych, czyli równowartość 2-3 samochodów marki Warszawa. Nie wiedząc, co zrobić z taką masą złotówek, zanieśli te pieniądze z powrotem do Pagartu, kazali kupić za wszystko polską wódkę i przysłać im ją do Anglii.

Pagart kupił wagon wódki i wysłał do Zjednoczonego Królestwa, ale celnicy Jej Królewskiej Mości przysolili zespołowi takie cło, że Stonesi zrezygnowali z trunku i wagon wrócił do Polski.

Wódkę pito w Pagarcie jeszcze w dwa lata po koncercie.

* Marek Karewicz legendarny fotografik rocka i jazzu, przyjaciel muzyki i muzyków, autor 700 okładek płyt.

Podpis pod foto.

W Sali Kongresowej nie było miejsca do tańca.

Brian Jones w otoczeniu zespołu Czerwono-Czarni.

Mick Jagger po koncercie.

Kiedy Jagger domyślił się, że kwiaty pochodzą od oficjeli siedzących jak zwykle w pierwszych rzędach, ostentacyjnie wypiął na nich tyłek.