BALANGA W TRANSIE
Za chwilę z mocą trzech tysięcy watów uderzy techno, w brzuch i w głowę. W świetle laserów, w błyskach stroboskopów, w szaleństwie tańca - cios za ciosem. Obłędny ruch, ciała są mokre. Czas nie istnieje. Jest tylko dziś i tylko tu. Ciemność i ultrafiolet. Didżej nakręcił ludziom fazę. Zrobią, co zechce. Nie za gorąco wam, dziewczyny? Granatowe paznokcie, oranżowe usta, blond fryzura na lakier. To Ania. Skończyła podstawówkę, wkrótce pójdzie do liceum. Teraz rozgląda się po placu Wolności. Bar przy barze. Siedzimy pod parasolem z reklamą browaru Żywiec. - Ludzie mówią, że Biała Podlaska to dziura. Nieprawda. Są puby, są dyskoteki. Najfajniejsza to Trans - mówi Ania. - I jest bezpiecznie. A w Warszawie nie można wypuścić się wieczorem, bo tam od razu jakiś napad. Błękitne dżinsy, bluzka na wąskich ramiączkach. To Agnieszka, też przed pierwszą klasą ogólniaka: - W Siedlcach mają tylko jedną dyskotekę. A w naszym mieście co wieczór można gdzieś wyjść. Chcę się bawić, tylko tato się sprzeciwia. Uważa mnie za małą dziewczynkę. Ania pociesza: - Ojcowie są zawsze zazdrośni o córki. Agnieszka: - Jak tato się sprzeciwia, to mama się zgadza. Mówi, że też lubiła dyskotekę. Wtedy to nazywało się zabawa. Kasia zdała do drugiej gimnazjum, ale ze szminką wygląda poważniej: - Mnie nie chcą puszczać, bo niby za późno wracam. Po północy. Nie rozumieją, że autobus odjeżdża spod Transu najwcześniej o drugiej. Nie chcą mi dać na taksówkę, tylko zrzędzą. Gdzie dzieci w tym wieku o tej porze przebywają? Ania: - W roku szkolnym jestem na dyskotece co miesiąc, a teraz w wakacje co tydzień. Bo sobie odwalczyłam. To samo z paznokciami. Jak pierwszy raz pomalowałam na granat, to dostałam od taty po ręce. Teraz rodzice tylko się pytają, czy mi nie szkoda forsy na głupoty. Sylwia uczy się w ekonomiku i nie przepuszcza żadnej dyskoteki: - Mama trochę się buntuje. Ona słucha Beatlesów, ja tego nie lubię. Moja muzyka jej nie odpowiada. Więc cały tydzień się staram, pokazuję, jaka jestem grzeczna. W piątek wieczór ją błagam. Wreszcie mięknie: a idź i nie gadaj. Jak wychodzę, to gdera. Tylko się Sylwia zachowuj. Tylko się Sylwia nie szlajaj. Ania: - Ja podlizuję się od czwartku. Sprzątam, zmywam i nie pyskuję. Agnieszka: - Ja też od czwartku. Kasia: - Ja tak samo. A jak mimo to nie pozwalają, to się rzucam na podłogę, kopię, krzyczę. Ania: - Mówię im: będziecie jeszcze coś chcieli ode mnie! Może to brzydko, ale trudno. Bo nie przeżyłabym bez Transu. Inne się bawią, a ja w domu siedzę? W nocy przed dyskoteką prawie nie śpię. W sobotę rano wybieram ciuchy i kładę na krzesło. Potem kąpiel, maseczki odświeżające i oczyszczające. Lubię się rzucać w oczy. Cały dzień się denerwuję. Jak włosy zrobić? Jak makijaż? Agnieszka: - Większość jeździ do Transu, nie będę się wyłamywać. Ale aż tak nie przeżywam. Tylko dwie godziny się szykuję. Sylwia z ekonomika: - W Transie można się wyszaleć. Ta atmosfera każdego wprowadzi w nastrój. Dlatego dużo dziewczyn ucieka z domu, żeby iść na dyskotekę. Ojcowie po nie przyjeżdżają.Tysiąc metrów dla technoNa Sielczyku pod Białą była kiedyś wylęgarnia kurcząt. Padła. Trzej biznesmeni pomalowali ją w gwiazdki i nazwali "Disco Planet". Każdy miliard włożony w discopolownię szybko się wtedy zwracał. "O! O! O! Pomarańczowe drzewa" - śpiewał tu topowy zespół Buenos Ares. Zjechały sławy - Boys i Scaner. Nic prócz strat. Lecz biznesmeni nie zrezygnowali i spróbowali jeszcze raz. Ale inaczej. Surowe ściany, metalowe poręcze, instalacje elektryczne bez osłony, gniazdka na wierzchu. Doskonale widoczne lampy stroboskopowe, głośniki i urządzenia do puszczania dymu. Podesty, osłonięte siatką balkony do tańca. Tysiąc metrów powierzchni. Trzy bary. Osiem kranów z piwem. Na najwyższej kondygnacji konsoleta. Techno. To jest Trans.Gówniarze nie nakręcą na imprezęPlac Wolności. Pod parasolem z reklamą EB siedzą ciemnowłosy Marcin i Bartek z kozią bródką. To rówieśnicy - 23 lata. Obaj po maturze zaczepili się w poligrafii i zdali na studia zaoczne. Marcin wybrał obiecującą ekonomię, Bartek marzył o matematyce. Zrezygnował, gdy poznał gości od oceny ryzyka ubezpieczeniowego. - Dwa lata im się przyglądam. Te bryki, te balanżki z dziewczynkami z agencji... A wszyscy żonaci! Bartek studiuje likwidację szkód. Właśnie skończyli pracę. Spod parasola przyglądają się laskom na ulicy. Wieczorem spotkają je w dyskotece. Marcin: - Jak myślisz, Bartuś? Która daje dupy? - Ta, ta i ta - orzeka Bartek. - A tamta małolata? - Coś ty. - Jakbym podjechał ojca mondeo, toby się rozłożyła na masce. Zakład? Marcin: - W naszym mieście jest deprawacja. Zaczęło się od granicy. Jak rodzice jeździli na handel, to zostawała wolna chata. Bartek: - W Brześciu Ruscy mieli spirytus w plastikowych woreczkach. To baby pakowały 60 worków pod ciuchy, każdy po litrze, i do Białej. Aż im się spódnice merdały. Marcin: - Ruscy tanio się sprzedawali z początku. Ojciec pracował w mleczarni. Dawał celnikowi sera i widział radość w jego oczach. Albo młode celniczki. Przepuszczały za gumę do żucia. Później tylko za dolary. Bartek: - Jak pociąg wyjeżdża z Brześcia, to się zaczyna rozkręcanie. Drewniane siedzenia, sufity, podłogi, listwy, ściany - wszędzie skrytki. Jedna kobieta taką skrytkę wykombinowała, że całą rękę tam zmieściła. Wiozła wódkę i papierosy, wyciągała i wyciągała. Marcin: - Przed Terespolem cały pociąg biega. Na PKP stoją handlarze, pytają: masz? Oni wyczują człowieka. Spirytus w workach idzie na meliny, wódka na rynek, a papierosy na zachód Polski i do Niemiec. Dużo melin jest tu - przy placu Wolności i w blokach. Litr spirytusu kosztuje 20 złotych. Meliniarze robią z tego pięć butelek. Głównie młodzież spożywa, bo najtaniej. Na rynku za litr finlandii handlarze biorą 36 złotych, za litr wódki bolszoj z dozownikiem - 18, za połówkę białego bociana - osiem. Jak się zwijają po południu, to sprzedadzą i za pięć. Bartek: - Masz wesele. Tydzień wcześniej przywiozą ci do domu parę skrzynek wódki. Robisz imprezę. Nawet nie wysiadasz z samochodu, tylko na rynku otwierasz bagażnik. Ruscy z tego żyją. Wódki nam nie brakuje, byle zdrowia starczyło. Do stolika podchodzi krótko ostrzyżony młody byczek. Marek studiuje rusycystykę w Lublinie. - Będziesz wieczorem w Transie? - pyta Marcin. Marek: - Z kredkami czy z plasteliną? To kinder party. Wiesz, że ja tam nie bywam. Wyglądam jak tatuś. Bartek: - A my idziemy podnieść średnią wieku. Gdy byczek znika, tłumaczy: - Marek reprezentuje inny fach związany z granicą. Przez parę lat był reketierem. Proponował Ruskim eskortę po naszej stronie. Raczej nie mogli odmówić. Na przejściu samochody stały w okropnej kolejce. Marek podchodził, klepał w dach i mówił: ja tu panu miejsce trzymam, ale to trochę kosztuje. Ruscy z autokarów też się bali. Więc ciężarowcy, którzy chodzili na siłownię, albo dobrze zbudowani kumple organizowali się. Za dwieście, trzysta dolarów jeździli z Ruskimi w ochronie, żeby nikt ich po drodze do Warszawy nie załatwił. Parkingowi na Stadionie Dziesięciolecia też brali haracz. Trzeba było z nimi żyć, żeby dostać dobre miejsce. Polacy to za Ruskich załatwiali. Marcin: - Granica nas karmiła. Woziło się miedź, orzechy, rodzynki, skóry cielęce, mandarynki, kobalt i skośnookich w bagażniku. Dostarczanie tirówek na przejście to ciągle interes. Jest parę takich dziewczyn w Białej, z liceów. Bunkrują się, jeżdżą aż do Koroszczyna, do kierowców ciężarówek. Zarabiają na ciuchy. Bartek: - Gówniarze nie znają dziś tego komfortu, żeby zwyczajnie do Brześcia pojechać i nakręcić na imprezę. A ja o piątej rano wsiadałem w pociąg, o dziesiątej wracałem, godzinka na PKP i o trzynastej byłem w szkole. Teraz małolaty mają tylko tyle, co ożenią na jointach. Marcin: - Wszystkie biznesy w mieście, każda prawdziwa forsa pochodzi z granicy. Ale to się kończy, bo rząd wprowadził vauchery. Podobno "cywilizują handel ze Wschodem". Słyszałem, że wpływy w urzędzie skarbowym zmalały przez to kilkakrotnie. Padają sklepy. Jeszcze niedawno pod Białą było mnóstwo małych zakładów meblowych. Produkowały tandetę: dziś drewno, jutro mebel. Niektórzy niezłe fortunki na tym pozbijali. Kiedyś Ruscy ciągnęli do siebie te kanapy, teraz nie. Granicznym mrówkom też zabrakło na chleb - zakłady włókiennicze się rozpadły, pracy nie ma. Wygrali najbogatsi. Biznes związał się z polityką i miastem rządzą pieniądze.Tu jest towarzystwo zacofaneBogdan Szymański (masywny, krótko ostrzyżony blondyn pod czterdziestkę) w tygodniu pilnuje swych warszawskich interesów, a na sobotę przyjeżdża do Białej. To współwłaściciel Transu: - Odkąd gramy techno, lokal zarabia na siebie i parę groszy zostaje, jednak żyć się z tego nie da. Inwestujemy w remonty, w sprzęt, w bhp. Ale nie narzekamy, bo dyskoteka to zabawa dla gości i personelu. Uszczelnianie granicy dotknęło szefa Transu tylko pośrednio: - Kiedyś połowa uczniów handlowała w Brześciu, mieli za co się bawić. Teraz w krzakach pod dyskoteką rozpiją ukradkiem flaszkę, a u nas kupią po piwie dla ściemy. Zarabiamy na alkoholu, więc to tępimy. Dilerów też się goni. Ekstazy nie ma, to ekskluzywny narkotyk. Trawa jest, za 10 złotych dzieciaki mogą się nieźle najarać. Czasem robią zrzutkę na amfetaminę. Komu by się chciało pić po amfie? Właśnie przez takie rzeczy tracimy na barze. Zdarzają się inne kłopoty. Półtora roku temu na otwarcie Transu przyszły dwa tysiące ludzi. To się nie spodobało konkurencji: - Gazowali nas. Metoda znana od lat. Trzeba nazbierać łebków i powiedzieć: jak u nich zrobicie drakę, to do nas wchodzicie za darmo. Ale nasza młodzież nie przestraszyła się gazu, zero paniki. Niedawno w pobliskim Witulinie wybuchła bomba w dyskotece: - Mówi się, że na moje zamówienie. Bzdura. Skansen mi nie przeszkadza. Tam są plebejskie zabawy z kłonicami i disco-polo. Gorszą przeszkodą bywa Kościół i miejscowe dewotki. Jakiś czas temu w Białej powiesili się dwaj młodzi sataniści. Krótko po tym w Transie miał grać zespół 666 (trzy szóstki to Szatan). Bogdan Szymański: - Nazwa to chwyt reklamowy. Podobnie tytuły piosenek: "Diablo", "Devil". Ci artyści przypinają sobie ogony i różki z powodów marketingowych, muzyka z satanizmem nie ma nic wspólnego. Ale tu jest towarzystwo zacofane i przeciw nam poszła kampania z ambon, w gazetach, w kablówce. Ode-zwała się poradnia psychologiczna, nawet prezydent miasta nas wezwał. Jak żyję, nie widziałem kogoś tak przerażonego. A dziekan przysłał na przeszpiegi wikarego w cywilu. Po imprezie zadzwonił i krzyczy: jeszcze jeden taki koncert, a zamknę dyskotekę! Już to zrobiłem z Impulsem w Wisznicach. W Impulsie była śmierć i gwałt. Po aferze z koncertem miejscowy biznes zastanawiał się, czy nie odwołać władz miasta. By ogłosić w Białej referendum, trzeba zebrać trzy tysiące podpisów. Bogdan Szymański: - Co to jest? Trzy dyskoteki! - Pieprzy! - ocenia bliski znajomy Szymańskiego. - Kto w jego Transie ma dowód? Podpisy to nie problem, wystarczy 1500 złotych. Zbierającym płaci się 50 groszy za jeden. Kłopot w tym, że referendum zwykle nie wypala z powodu niskiej frekwencji. Niełatwo zmienić władzę, lepiej nauczyć się z nią żyć. Przecież radni korzystają ze swoich pięciu minut. Robią to, co każą im ludzie z pieniędzmi. Są rozmaite powiązania. Ktoś komuś jest coś winien, więc chętnie mu pomoże w urzędowej sprawie. Ktoś czyjeś dziecko trzymał do chrztu. Ktoś polityka wesprze finansowo. Bogdan to wie. Ojciec jego wspólnika to szanowany członek izby gospodarczej, właściciel sieci sklepów z bronią i posiadacz koncesji na produkcję amunicji. W dodatku ma znajomych w SLD, z Oleksym przy kolacji rozmawia o dupach. Bogdana tu nikt nie ruszy, mocny jest. Wzdłuż wschodniej granicy panoszy się mafia. Kontroluje rynek muzyczny, pierze brudne pieniądze, ściąga haracz od właścicieli restauracji i dyskotek. Bogdan Szymański: - Jak dotąd nie trafiłem na propozycję nie do odrzucenia.Nie za gorąco wam, rybcie?Wymalowany przez grafficiarzy autobus krąży po mieście, zbiera młodzież i wiezie na Sielczyk do Transu. Ania z granatowymi paznokciami zabrała się pierwszym kursem, siedzi wśród wypachnionych dziewczyn. Koledzy ulokowali się z tyłu. Co chwila "kurwa" i "pierdolę". Ania tłumaczy: - Trochę popili, żeby mieć humorek. Dla humorku chłopakom trzeba dwóch, trzech, czasem pięciu piw. Gimnazjalistka Kasia: - Zależy, w jakim wieku zaczęli trenować. Ania: - My nie pijemy, szkoda forsy. Poza tym pijana dziewczyna jest łatwa, a trzeba się szanować. Jakby się mama dowiedziała, toby mi odebrała tygodniówkę. Rodzicom staram się pokazać dyskotekę w dobrym świetle. Co sobota na ubikację, na szatnię, na wjazd potrzebuję 15 zeta. Gimnazjalistka Kasia: - Mam tyle samo, oszczędzam na kosmetykach. - Jak chodzę po zakupy, to zawsze coś skubnę - wyznaje Sylwia, ta z ekonomika. - Chłopakom jeszcze gorzej - wzdycha Ania. - Muszą mieć z pół bańki, żeby zaprosić dziewczynę i postawić. Jeden dostanie od dziadków, inny wyłudzi od młodszych pod blokiem. Spytałam raz kolegę: skąd wytrzasnąłeś tyle kasy? A on mi na to: przekręty się robi. Takie jest życie teraźniejsze, kiedyś tego nie było. Świat jest coraz gorszy. Koniec trasy. Na dachu dyskoteki migają koguty. Przed wejściem sprawdzeni na granicy ochroniarze obserwują kolejkę po bilety. Wszyscy tu są: skejci w za dużych dżinsach i czapkach z daszkiem obróconym do tyłu; dresiarze i dresiary w sportowych spodniach adidasa; discopolowcy w białych skarpetkach i z grzywką; trzy punkówy z kolczykami, w glanach; dwaj łysi skini; chłopcy z wiosek, którzy założyli coś czystego; chłopcy z miasta - koszulka, krawacik i kant. Dużo wranglera, lewisa, big stara. Mnóstwo bazaru i podróbek. Wchodzą grupami, zajmują ulubione miejsca i wyciągają papierosy. Kto co pije? Ja piwo, ja bolsa, ja colę. Barmanka nikogo nie pyta o dowód. To bez sensu. Nie sprzeda małolatowi, a on i tak zamówi przez kolegę. Z głośników leci dance, niektórzy tańczą, to tylko rozgrzewka. Bo dyskoteka ma swój rytm. Wszyscy czekają na melodię z "Gwiezdnych wojen" - znak, że zaczyna się impreza. Za chwilę z mocą trzech tysięcy watów uderzy techno, w brzuch i w głowę. W świetle laserów, w błyskach stroboskopów, w szaleństwie tańca - cios za ciosem. Muzyczna podróż trwa i trwa. Wciąż więcej ludzi. Ciała poddane muzyce są mokre. Czas nie istnieje. Za betonową ścianą nie ma świata. Jest tylko dziś i tylko tu. Ciemność i ultrafiolet. W ultrafiolecie nogi, ręce. Energią steruje szaman w podkoszulku - didżej Krzyżak. Zza konsolety patrzy w dół. Wie, że nakręcił ludziom fazę. Zrobią, co zechce. - Dziewczyny, zapraszam na środek. Wybieramy miss dyskoteki. Liczy się uroda, elegancja, no i ruchy. Zwłaszcza ruchy! W tym konkursie najważnieszy jest erotyzm. Kilka panienek wskakuje na podest. Inne wstydzą się, więc przyjaciółki wpychają je siłą. Krzyżak: - Śmiało! Dziewczyny tańczą, rytm narasta do 130 bitów. Obłędne tempo, monotonny ruch, ogłuszająca siła basów. Krzyżak: - Nie za gorąco wam, rybcie? Lato sprzyja. Która pokaże staniczek? Na razie żadna. Krzyżak nie ustępuje: - Najfajniejsze laski są w Białej. Chyba nie noszą staniczków. Czy to prawda? Dziewczyny wiedzą, o co chodzi. Chcą być wyzywające, lubieżne. Gimnazjalistka Kasia idzie na całość. Białe dżinsy zsunięte za pępek, biodra wpadły w seksualny trans, jedna ręka na guzikach od rozporka, druga przy bluzce. Chłopcy wstrzymują oddech. Może zdejmie? Były już tutaj takie akcje. Krzyżak to lubi. Kiedyś zawołał: udowodnijcie, że jesteście gorące chłopaki! Pokażcie klatę! Pięciu zrzuciło ciuchy do skarpetek. Czasem za jego namową jakaś opalona panna się rozbiera, to i druga staniczek odrzuca - i jedzie. Wtedy inne też jadą. Dziewczyny dają się podpuszczać. Kiedyś przed konkursem dostały po pudełku śmietany i bananie. Jedna była pazerna, od razu zjadła banana, później przed publicznością musiała śmietanę wygrzebywać palcem. Kasia przechodzi samą siebie. Krzyżak nie wytrzymuje: - Może załatwić ci rurę? To tylko żart, przepraszam. Właściciele dyskoteki wybierają laski co sobota. Dziś nie ma wątpliwości, która wygra. Krzyżak ogłasza: - Miss już mamy, ale wicemiss ciągle brakuje. Zostanie nią tylko odważna. Dziewczyna obok Kasi podciąga błękitną koszulkę.Starsi wyrywają na szampanaSzpulki - tak chłopcy mówią o dziewczynach z zasadniczej krawieckiej. Tam uczy się Aśka, która pokazała stanik. Jedna z siedmiorga, oboje rodzice na rencie. Kiedy brakuje im pieniędzy, Aśka jeździ na rynek: - Bo mamy nasadzone - opowiada zdyszana. - Sprzedaję ogórki, cebulę i fasolkę szparagową. Najgorzej jest w soboty, o czwartej rano muszę miejsce zająć. Zarobiłam dziś 30 złotych. Aśka wiele razy startowała w konkursie. Wie, że główną miss nigdy nie będzie: - Jury powinno być niezależne, z publiczności. Właściciele nie wybierają znajomych, a ja często tu przychodzę. Co mam robić? Siedzieć w kółko przed telewizorem? W Białej nudno! W zeszłe wakacje chociaż basen był za darmo, teraz i tego nie ma. Aśka umówiła się na dyskotece z przyjaciółką. Renata zabrała z sobą młodsze siostry, żeby też miały rozrywkę. Rocznik 1985 i 1987. - Ale obie wyglądają ponad wiek - przekonuje. - Rodzice nie martwią się, wiedzą, gdzie jesteśmy. Wrócimy o trzeciej w nocy. Trans to bezpieczne miejsce, dlatego przychodzą tu nastolatki z Białej, z Radzynia, z Międzyrzeca, z Terespola. Gdzie indziej chłopaków obrobiliby przed wejściem do dyskoteki. Aśka: - Lubimy Trans, bo tu można o wszystkim zapomnieć, o klasówkach. Tu ci nikt nie zrzędzi, nic nie musisz. Tu jestem inna niż w domu - szalona! Renata: - Ludzie z Transu są inni niż całe to miasto. U Renaty tylko tata pracuje: - Półtora roku temu kupił komputer na raty, dwa lata będzie spłacał. Potem kupi narożnik - znów dwa lata. Potem odkurzacz. Tak żyją. Aśka: - Jak się jest kimś, to znaczy ma się znajomości, to się zarabia. Renata: - Po maturze chciałabym pójść na marketing i zarządzanie, ale wątpię, czy mnie przyjmą. Przeważnie dostają się ci, co jeżdżą na douczki do Lublina. Mnie nie stać. Aśka: - Chciałabym spotkać faceta. Żeby był szczery, w miarę wierny i żeby mnie szanował. Nie musi być bogaty, chociaż bogaci są w cenie. Renata: - Przeważnie w Transie poznaje się chłopaków. Różni są. Jedni przychodzą popatrzeć: ale ta się wygina! Inni, starsi wyrywają młode laski na szampana i obie strony są zadowolone. Ona z szampana, a on - bo znalazł młode ciało. Żony nie skarżą się, jeżeli facet ma kasę. Czasem trafia się laluś: nie zatańczę, bo mnie noga boli, mamusia nie pozwala, nie mam czystych skarpetek. Są chłopcy, którzy szukają kogoś na jeden wieczór. I tacy, co chcą tylko porozmawiać. Albo umawiają się i nie przychodzą, to nagminne. Potem mają pretensję, że ciebie nie było, choć czekałaś. Albo spojrzysz źle, a on do bicia. Aśka: - W Transie dziewczyny się czasem biją. Zwłaszcza te z placu szukają zaczepki, dresiary. To z zazdrości o ciuchy, o fajnego chłopaka. Podchodzą - i w twarz, za włosy, głową w stolik, kopa. Ochroniarze nie reagują. Taki cyrk to dla facetów frajda. Renata: - Koledzy cię nie obronią. Nie masz pieniędzy, nie masz kolegów. Aśka: - Prawdziwi koledzy to ci z wiosek, biedni. Wieśniak, wieśniara - tak biednych w mojej szkole wyzywają. Żeby się dostać do bogatych, trzeba udawać bogatego. Tacie podarły się dżinsy lee cooper, to je przerobiłam na spódnicę. Spódnica się zniszczyła, zostały kieszenie. Wyprułam z nich firmowe naszywki, kupiłam sztruks i teraz mam spodnie markowe. Mogę iść między bogatych. Nikt mnie tam nie zna, jest okay. Ale niech się zdarzy, że do tego towarzystwa podejdzie mój kasiasty znajomy... Koniec. Konkurs o tytuł miss Transu zostanie rozstrzygnięty przed początkiem roku szkolnego. Finalistki zatańczą w kostiumach kąpielowych triumpha, dostaną je od dyskoteki. Główna nagroda to weekend w hotelu Gołębiewski w Mikołajkach. Mniejsze prezenty są co tydzień. Aśka: - Pokazałam staniczek, bo chciałam dostać kartę wstępu do Transu. Gimnazjalistka Kasia wytańczyła kartę, bon towarowy na 50 złotych do zrealizowania w drogerii i miękką szarą torebkę.Prochy to nic strasznegoKrzyżak to naprawdę Darek, ale laski z Białej o tym nie wiedzą. Porządny didżej ma ksywkę. Kiedyś nazywano go Mucha - bo lubi bzykać, potem Prussak - bo pochodzi z Torunia. O małolatach z Transu Darek mówi: Podlassanie. Puszcza im nagrania ATC, ATB i Britney Spears, czasem ostrzejsze: - Jest tyle dopingów trawiastych, nietrawiastych. Muzyka dostosowała się do tego. Prochy to nic strasznego, jeżeli umie się określić dawkę. To on zaprosił zespół 666: - W czasie koncertu patrolowano cmentarz. Ludzie gadali, że po mieście w czarnym samochodzie krąży diabeł i szuka dziewic. Ale nie znalazł, wkurzył się i pojechał na Białoruś. Krzyżak uważa, że praca za konsoletą to sztuka: - Didżej gra na utworach jak na instrumentach. Jego kompozycją jest dyskoteka. Chodzi o to, żeby tańczyli. Mają tupać od początku do końca, raz szybciej, raz wolniej, bez przerwy. Wtedy tworzy się zbiorowa dusza, doping nie jest do tego konieczny. Ta praca naraża na pokusy: - Są dziewuchy aerodynamiczne, każda się garnie. Ja poznałam didżeja! Ja byłam z didżejem! Przychodzi taka za konsoletę, niby płyty oglądać. Potem pyta: czy mogę tu majtki zmienić? Albo: czy mógłbyś uwolnić mnie od dziewictwa? Albo po prostu się rozbiera. Więc ja: ile masz lat? A ona na to: już mogę. Bogdan Sęczyk, łysiejący współwłaściciel Transu, wspomina: - Kiedy na dyskotece chłopcy zrzucili ciuchy do skarpetek, zgłupiałem. Uciekać? Kazać im się ubrać i idiotę z siebie zrobić? Postanowiłem przeczekać. Oskarżają nas, że za dużo tu swobody. Nieopodal są krzaczki... Mnie tam nikt nie pilnował i ja też nie będę. Czy my jesteśmy od wychowywania?Głupia Ewka zaszłaPomalowany przez grafficiarzy autobus wraca do Białej. Kursem o drugiej w nocy zabierają się Marcin z Bartkiem. Idą do klubu Night, gdzie bywają maturzyści i studenci. Night jest niewielki i przytulny. Gładkie ściany, ukryte instalacje elektryczne, meble z drewna. Z głośnika lecą "Czerwone korale". Znajomi Marcina i Bartka sączą piwo przy długim stole w ogródku. Są ciekawi, co w Transie. Młodsze rodzeństwo bawi się teraz na Sielczyku. Wieści niezbyt pocieszające: ta rzyga, ten nawalony, tę trzeba dopilnować, bo się puści. Szczupła brunetka z psychologii: - Baśka ma za dużo luzu. Przypalić to dla niej nie problem, wszystkiego próbowała. Dobrze, że nie daje sobie w żyłę. Ostrzegłam matkę: uważaj. Antropolog w skórzanej kurtce: - Też ostrzegałem, co z tego? Rodzice teraz za bardzo ufają. Myślą o kasie, może dlatego nie mają głowy do dzieci. O której Ewka do domu by nie wróciła - rano czy za dwa dni - to dla nich było dobrze. Można się puścić, ale trzeba wiedzieć z kim i kiedy. A ta głupia Ewka zaszła. Studentka psychologii: - Na osiemnastkach pijaństwo było zawsze. Ale kiedyś żeby koleżanka puściła się na imprezie, to ewenement. A dziś jak się nie puści, to ewenement. Jakaś lewa. Chłopak przyniesie wódkę na balangę i jest wtedy spoko gość. A niech się przyzna, że czyta poezję, to powiedzą - pedał. Panienka wciąga nosem ścieżkę i kiwa się: w jednej ręce papieros, w drugiej piwo. Uważa, że to w porządku. Kiedyś więcej było wstydu. Marcin: - To pokolenie jest inne. Dla nich nauczycielowi powiedzieć "spierdalaj" - to nic. I tak przejdą do następnej klasy. Albo do matki "pizdo". Najwyżej stara gały wywali. Nikogo nie szanują - ani kolegów, ani siebie. Bo jest za dużo samowoli. Dzieci chcą wolności, a rodzice to olewają, zamiast uczyć umiaru. Antropolog: - Niektórzy starzy wszystkiego zakazują. To, co zakazane, kręci. Marcin: - To wyobraź sobie legalną amfetaminę. W pracy automaty z amfą i haszboxy. Dziś szef sponsoruje podwójną działkę! Nie o zakazy chodzi. W toalecie w Transie powinny być prezerwatywy. Czemu nie ma? Bo cały świat się zmienia, ale rodzice zmieniają się wolniej niż dzieci.Bo tu jest taka fazaDo Łodzi na Paradę Wolności pojechało kilkudziesięciu młodych ludzi z Białej. Był między nimi Michał, który marzy, że kiedyś zagra na berlińskiej Love Parade. To didżej. Bywa w renomowanych klubach muzycznych w Warszawie, Krakowie, Sopocie. Zna historię kultury klubowej na świecie. Wkrótce wybiera się na naukę do Nowego Jorku. Chce uciec z Białej Podlaskiej: - Bo tu jest taka faza: kończysz szkołę, zakładasz firmę, robisz lasce dziecko, potem ślub i życie ułożone. Masz 27 lat i jesteś starcem: żonka, teść, w sobotę grill nad jeziorem. Rozmowy: ja mam mercedesa, ty masz mercedesa, ile wachy wypaliłeś? W walkmenie Budka Suflera. Muzyka w Białej to kwas, łatwy rock albo disco. Jeszcze ten Trans najlepszy, chociaż leci komercją: łup, łup, łup. I te dzieci najlepsze. Teraz odcięło się młode od starego. Urodzeni po osiemdziesiątym roku są progresywni, otwarci, łapią nowe rzeczy. Nie kontestują, ale jakiś bunt w nich tkwi i połączyli go z techno. Co tydzień chodzą na balangę, bo taniec to oczyszczenie, to wyrzucanie z głowy wszystkich śmieci. Dla nich jest MTV, Viva, Internet. Dla nich się gra. Dziś trzeba się nastawić na gówniarzy.Wiek nie powinien być przeszkodąNad ranem w Transie przytulone pary czekają na ostatni kurs do Białej. Gimnazjalistka Kasia - miss wieczoru i Ania sennie kiwają się nad plastikowymi kubkami. Jutro będą przysypiać w kościele. Teraz nie ma przy nich chłopaków. Kasia: - Bo oni tylko na mnie patrzą. Pewnie myślą, że jestem dobra w łóżku, skoro umiem pracować biodrami. A jest tak, że muzyka sama niesie. Przy techno trudno pokazać erotyzm. Mnie się udało, wcale się nie wstydzę. Byłam przygotowana, ćwiczyłam przy teledyskach z Vivy. Ania: - Chciałabyś z kimś zatańczyć przy zwykłej piosence? - Tak! Ale faceci mnie nie podrywają. Czasem podobam się komuś. Spyta, ile mam lat - i od razu źle. A wiek nie powinien być przeszkodą, skoro wyglądam jak kobieta. Czasem dziewczyna czternastoletnia jest więcej warta od tej starszej. Gdyby poznali mnie od środka, gdyby się przekonali, że można na mnie polegać... A oni tylko patrzą. Jak patrzą, czujesz się dobrze. [podpis pod fot./rys.]Finał wyborów miss dyskoteki, 26/27 sierpnia 2000 roku