Stonesi za garnitur i butelki
W poniedziałek napisaliśmy o jednym z wydań "Polskiej Kroniki Filmowej" z 1967 roku, która relacjonowała koncert The Rolling Stones w warszawskiej Sali Kongresowej. Na jednym z ujęć widać mężczyznę wymachującego pod sceną tablicą z napisem "Kielce City" po jednej stronie oraz "Vivat Stone" po drugiej. Wraz ze stroną Ckblog.pl rozpoczęliśmy poszukiwania tej osoby.
Po kilku dniach wiedzieliśmy już, że to Mieczysław Wojdan, 64-letni dziś emeryt mieszkający w Goleniawach pod Zagnańskiem.
MIECZYSŁAW WOJDAN: Zdziwiłem się. Jadę samochodem, a tu koleżanka dzwoni i mówi, że "Wyborcza" mnie szuka. Pomyślałem, że może gdzieś auto zostawiłem w niedozwolonym miejscu i mnie sfotografowaliście.
- Kiedyś, będąc w galerii handlowej, żona poszła na zakupy, a ja do księgarni. Wziąłem do ręki książkę "PRL. Jak cudnie się żyło!" Wiesława Kota. Patrzę, a tam nasze zdjęcie z tego koncertu. Dorota, Mirek i ja z tą tablicą. Tablicę na koncert wniosłem pod marynarką, to znaczy był to blok rysunkowy. W domu w Kielcach farbkami wypisałem "Kielce City", a już na sali przed koncertem dopisałem długopisem "Vivat Stone". Po angielsku, żeby Mick Jagger zrozumiał. To była jedyna tablica w Sali Kongresowej. Z nią i biletem wróciłem do Kielc. Mieszkaliśmy wtedy w pięć osób w jednym pokoju przy Zagórskiej, w drugim mieszkał sublokator. Miesiąc po koncercie mieliśmy maturę, a jesienią 1967 roku poszedłem do wojska. Gdy wróciłem, sublokatora już nie było, rodzice dostali całe mieszkanie, zrobili porządki i tablicę razem z biletem posprzątali. Zdjęć na koncercie nie robiliśmy. Mój ojciec miał aparat, ale był jak relikwia w domu, nigdy by mi go nawet nie dał dotknąć. Zostało tylko to zdjęcie z książki Wiesława Kota.
- W tamtych czasach kroniki puszczano w kinie przed filmami, więc my po pięć razy chodziliśmy na te same filmy, żeby to zobaczyć. Zapraszaliśmy kolegów, dziewczyny na randki, a po kronice wychodziliśmy z kina. Pamiętam, że kamerzyści w Sali Kongresowej zapalili halogeny na jakieś trzy minuty, pozwijali interes i sobie poszli.
- Zupełnym przypadkiem! Dorota, dziś nauczyciel akademicki w Krakowie, miała wujka w telewizji. Nie uwierzyłem jej, gdy powiedziała, że może mieć bilety. Przecież to był kosmos! Ale gdy okazało się to prawdą, trzeba było skombinować kasę. Bilet kosztował 150 złotych. To były duże pieniądze [średnia miesięczna płaca w Polsce w 1967 roku wynosiła 2016 zł - przyp. red.]. Były tańsze bilety, ale my mieliśmy trzeci rząd. Zacząłem kombinować. Najpierw wyniosłem swój garnitur z komunii na bazary. Poszedł za jakieś 25-30 złotych. Z piwnicy wyciągnąłem wszystkie butelki, każda z nich kosztowała w skupie złotówkę. W końcu udało się uzbierać całość. Pojechaliśmy w trójkę, był jeszcze - nieżyjący już, niestety - Mirek.
-...na miejscu okazuje się, że jest nas troje, a bilety dwa! A Dorota na to, żebyśmy weszli, a ona da sobie radę. Stoimy przed Pałacem Kultury, tłumy fanów, a my, chłopcy z prowincji, boimy się tam iść. W końcu weszliśmy, a tu Dorota spokojnie wychodzi do nas zza kulis. Weszła po prostu z tym wujkiem z telewizji. No, ale dalej mieliśmy dwa miejsca, a nas troje. Ja byłem najmniejszy, więc Dorota i Mirek siedzieli na fotelach, a ja na oparciach pomiędzy nimi.
- Być może, ale wtedy to było piękne! Ciągnęło mnie, jak ostatnio byli u nas Stonesi [w 1998 roku na Stadionie Śląskim i w 2007 roku na torze na Służewcu - przyp. red.], ale nie pasowały mi te obiekty. Teraz największe zbiorowisko, w jakim biorę udział, to mecze Vive Targi Kielce.
- No pewnie! Marynarki latały!
Mieczysław Wojdan z książką z pamiątkowym zdjęciem