Gdy umarła, wyprawił jej godziwy pogrzeb. Przyszły jej wszystkie przyjaciółki, pokraczne staruszki w beretach, w pachnących naftaliną szubach z kołnierzami z nutrii, z których ich głowy wystawały jak wielkie blade guzy. Zaczęły taktownie pochlipywać, gdy trumna uwieszona na mokrych od deszczu linach zjechała na dół, a potem zbite w grupki, pod kopułkami składanych parasolek w najbardziej nieprawdopodobne wzorki ruszyły do autobusowych przystanków.

To tylko fragment artykułu. Aby czytać dalej, kup dostęp poniżej.

4 miliony tekstów od 1989 roku.
Zyskaj dostęp do archiwalnych treści "Gazety Wyborczej".
Znajdź historie, których szukasz.

Kup dostęp