POLSKA FLEJOWATOŚĆ
Jestem obecnie wielbicielem katowickiego graffiti. Miejski street art. Prawdziwa przeciwwaga dla wizualnego śmiecia, jakim są w Polsce billboardy. Większość z nich jest odpychająca, sprzedajna i bez pomysłu. Do tego stopnia, że muszę zastosować chwyt Heimlicha, aby zapewnić płucom odpowiednią ilość powietrza. Dlaczego wasz kraj przypomina śmietnik billboardowy? Krajobraz Polski, jej architektura, jej kobiecość prostytuują się przed pierwszym z brzegu obcokrajowcem. Wystarczy, że zacznie się wachlować plikiem dolarów, euro lub jenów. Budynki mieszkalne, piękno krajobrazu, niebanalna architektura - wszystko to zostało złożone na ołtarzu specjalnych ofert telefonii komórkowych, a także wyprzedaży w salonach meblowych. Jaki będzie kolejny krok? Trumny z wizerunkiem Chucka Norrisa reklamującego bank WBK? Dostęp do telewizji, radia czy internetu oferuje przynajmniej jakiś wybór: jeśli drażnią was ogłoszenia, zajmujecie się książką. Ale nie zablokujecie dostępu do krajobrazu. Oczywiście, można błądzić po Katowicach z wzrokiem utkwionym w chodnik, ale wtedy ludzie pomyślą, że pewnie jesteś z Sosnowca, a ponadto po lobotomii. Nie jest to zapewne wygórowana cena za uniknięcie widoku pobudzonych erotycznie rozebranych kobiet, które reklamują pokrycia dachowe. A także coca-colę, która swoim lepkim języczkiem penetruje wasze mózgi w ramach kampanii spersonalizowanej sprzedaży. Małe firmy, które zaśmiecają krajobraz Polski nagryzmolonymi byle jak reklamami, wcale nie są lepsze. Co gorsza, to wy jesteście za to odpowiedzialni. Dokładnie tak: każdy parszywy seksistowski billboard jest w gruncie rzeczy pocztówką z pozdrowieniami wysłaną gdzieś z przepastnych głębin polskiej duszy. Wszyscy razem i każdy z osobna tolerujecie ten śmietnik, bo to właśnie jesteście wy. Nie podoba się? A co widzicie, kiedy przekraczacie granicę niemiecką? Elektrownie wiatrowe i niebieskie niebo, dokładne przeciwieństwo dymiących kominów i reklam agencji towarzyskich. Na szczęście istnieje odskocznia: Napraw Sobie Miasto oraz Katowice Street Art przynoszą tak potrzebne wytchnienie. Jest to twórczość, która nie tylko upiększa, ale również inspiruje. Owi bohaterowie sprayu to prawdziwi patrioci. Pomyślcie tylko, jakimi pieniędzmi i jakimi środkami dysponują korporacje, a przecież nie są w stanie dorównać bezrobotnemu streetartowcowi w opadających spodniach. Niejeden punk z puszką Sabotage 80 ma więcej talentu w swoim małym palcu niż stado guru od reklamy. A owi guru zasługują na specjalne potraktowanie: za każdy ohydny billboard, który postawią, powinni zlecić fragment street artu w bezpośrednim sąsiedztwie. Najwyższy czas, aby zmusić ich do zrobienia czegoś na rzecz wspólnego dobra, czegoś, co do pewnego stopnia przywróci równowagę. Powinna to być ogólnie obowiązująca zasada: niezależnie od tego, czy reklamują warsztacik samochodowy czy Tesco - jeśli dla zysku zaśmiecają krajobraz, mają opłacić malarza, który przywróci mu piękno. A co na to wszystko wy, ogromna milcząca większość Polaków? W końcu to wy na to pozwalacie. Co zrobicie? Kiedy obudzi się wasz patriotyzm, a zaśnie bierność? Kiedy uwierzycie, że może być lepiej? Kiedy skończy się wasza flejowatość?
4 miliony tekstów od 1989 roku.
Zyskaj dostęp do archiwalnych treści "Gazety Wyborczej".
Znajdź historie, których szukasz.