Jagger żuje goździk Oli
Jest 14 kwietnia 1967 r. 17-letnia Ola Fafius pod Hotelem Europejskim wpatruje się w oczy milicjanta z nadzieją, że wejdzie do środka. Przecież w głowie jej się jeszcze nie mieści, że będzie kiedyś jakieś Schengen, paszporty zostaną w domu, że będzie można podróżować i pojechać na koncert The Rolling Stones za granicę. Jeśli teraz nie zdobędzie ich autografu, to już pewnie nigdy.
Dwa dni wcześniej fotograf Marek Karewicz stoi na płycie lotniska na Okęciu. Ma 29 lat, profesjonalnego pentaxa, model Asahi, i dostał się tu po znajomości tylko dlatego, że jego biuro mieści się nad basenem w Pałacu Młodzieży. A w basenie ćwiczą na co dzień strzegący lotniska milicjanci. Za chwilę wylądują tu: Mick Jagger, Brian Jones, Charlie Watts, Keith Richards i Bill Wyman.
Plakaty na mieście pojawiły się późno. Właściwie wtedy, gdy już wszyscy o koncercie wiedzieli. Takie rzeczy najlepiej rozchodzą się pocztą pantoflową. Bo w 1967 r. The Rolling Stones to już był absolutnie topowy zespół, nie taki na trzy czwarte. Skąd to wiedzą nastolatki z gomułkowskiej Warszawy? Słuchają Radia Luxemburg i Rozgłośni Harcerskiej, gdzie o Stonesach z topornym polskim akcentem mówi się "rolinsi".
Na koncerty gwiazd chodzi się z rodzicami: Charles Aznavour, Dalida. Piosenka, bijemy brawo, piosenka, brawa. A na koncercie The Rolling Stones - jak głosi plotka - dziewczyny piszczą, wrzeszczą, chłopcy skaczą i wymachują marynarkami. - Po cholerę to robić, przecież artysty nie będzie słychać? - zastanawia się 17-letnia Ola. Ale już postanowiła: albo pójdzie na koncert Stonesów, albo umrze. Tata jest nawet przejęty jej śmiałą deklaracją, ale stawia warunek: "Jak przyniesiesz zaświadczenie ze szkoły, że masz średnią ocen 4, to dostaniesz bilet".
Kończy się na tym, że Ola ląduje w szkole na klęczkach. Swoją wychowawczynię, profesor od łaciny, błaga o zaświadczenie, że dobrze się uczy. Profesor, dusza człowiek, pisze na kartce: "Ola dobrze się uczy". Tata widzi, że to trochę naciągane, ale akceptuje. Przeżył traumę wojennej okupacji, wie, że życiem trzeba się cieszyć.
Samolot zawraca z Moskwy, bo Związek Radziecki w ostatniej chwili zrezygnował z koncertu. Marek Karewicz wcale nie jest podekscytowany, że na Okęciu wypatruje przylotu muzyków. Stonesów - takiej lichej muzyki - nie słucha. Przecież oni nie umieją śpiewać, umieją tylko tańczyć - uważa. Woli jazz Earla Bostica (kupił płytę na bazarze Różyckiego), Elli Fitzgerald czy Louisa Armstronga. Z wykształcenia jest skrzypkiem, ale skrzypce zamienił na kontrabas. Ten nie mieścił się do taksówek, więc w końcu został fotografem. Na etacie w Pałacu Młodzieży, dostał zlecenie od Polskiej Agencji Artystycznej "Pagart" - ma sfotografować Stonesów w Warszawie.
Na lotnisku przestępuje z nogi na nogę. Na Jaggera i spółkę musi czekać dwie godziny, trwa drobiazgowa kontrola w poszukiwaniu narkotyków, z których słyną muzycy. Celnicy rozpruwają nawet tubki z pastą do zębów, muzykom wręczają później nowe, PRL-owskie.
Z lotniska Stonesi jadą do hotelu Europejskiego. Karewicz dostaje kolejne zadanie od Pagartu: "Zabierz ich gdzieś, znasz Warszawę". Pada na klub Kamieniołomy, tuż przy hotelu. Po drodze Jagger pyta o pomnik na placu Piłsudskiego. Karewicz, świeżo po wizycie w Londynie, odpowiada: - Grób Nieznanego Żołnierza, który poległ za ojczyznę. Podobny macie w Londynie. Jagger na to: "O! A jak się ten żołnierz nazywa?". Karewicz w myślach: "A to kawał ćwoka".
W Kamieniołomach pustawo, przy stoliku trzy smutne prostytutki, szlagiery Marino Mariniego przygrywa równie smutna orkiestra. Stonesi zamawiają tequilę. Barman, który ponoć służył u hrabiego Zamojskiego i mówi w siedmiu językach świata, odpowiada, że tequili w Polsce nie ma. Stonesi: "A co się tu pije?". Barman, przygotowany na wymagającego klienta, wyciąga spod lady tacę zmrożonych kieliszków z wódką. Pierwszy próbuje Charlie Watts. - Może być - mamrocze. Do pokoju wracają o czwartej, po schodach prowadzą ich hotelowi portierzy.
Na poranną konferencję prasową 13 kwietnia muzycy nie docierają. Wstają o godz. 15, na kilka godzin przed koncertem.
Ola Fafius przed wyjściem z domu chwyta z wazonu mamy bukiet czerwonych goździków. Pamięta, że tata po koncercie zawsze posyła artystom kwiaty. Pod Pałacem Kultury i Nauki przeciska się przez rozszalały tłum. I kordon milicji, bo władza spodziewała się rozrób i chuligaństwa. 17-latka po raz pierwszy widzi, jak wygląda i działa armatka wodna. Tłum napiera, wykrzykuje: "Niech żyją Rolling Stones!", szczęśliwcy z biletami wchodzą do środka.
Ola, długowłosa, szczupła blondynka, ubrana w swój ulubiony golf bez rękawów i krótką spódniczkę w szkocką kratę, siada w piątym rzędzie. Zaczyna się! Stonesi wychodzą na scenę, wyglądają jak nikt inny do tej pory. Żadne tam marynarki, koszule i krawaty, jak noszą się młodzieżowe zespoły, ale kolorowe kubraki, powyciągane koszule, błyszczące materiały, powiewające pióra. I jeszcze te ruchy: wijące się, jednoznacznie seksualne. Ola sama nie wie, w którym momencie razem z innymi wstaje z fotela i zaczyna wrzeszczeć. Biegający między rzędami milicjanci nie panują nad sytuacją.
Chwila oddechu, przerwa między jedną piosenką a drugą. To ten moment! Ola bierze zamach, rzuca bukietem goździków w stronę sceny (dolatuje jeden). I wyobraża sobie: Jagger podnosi goździk wącha, całuje i wkłada w butonierkę. Nic z tego. Jagger goździk podnosi, wkłada go do ust, międli jak królik i pluje w publiczność. Rock’n’roll!
Tylko koleżanki śmieją się z Oli jeszcze przez kilka kolejnych dni.
Po koncercie młodzi siedzą na murku przy Dworcu Śródmieście. Przenośnych odtwarzaczy muzyki jeszcze nie ma, ktoś wyciąga kartki z tekstami piosenek spisanymi fonetycznie z Radia Luxemburg, razem próbują nucić. Mało kto wie, co oni właściwie śpiewają. Później wiele osób rzuci się do nauki języka angielskiego. Pod ośrodkiem metodystów, którzy organizowali kursy na placu Zbawiciela, ustawi się kolejka. Nastolatki będą się prześcigać, kto więcej rozszyfruje z piosenek Stonesów.
Marek Karewicz po koncercie dyskutuje z muzykami. Pagart jako wynagrodzenie przysłał walizkę pieniędzy, tylko co za to można kupić? - Szczerze? - przyznaje Karewicz - Właściwie nic. I w dodatku nie można wywieźć tych pieniędzy. W Anglii trwa właśnie moda na kożuchy, co prawda sprowadzane z Norwegii, ale Jagger pyta, czy można takie kupić w Polsce. - W Zakopanem. - To daleko? - 400 km. - A gdzie można kupić tę wódkę, którą nas wczoraj częstowałeś?
Pracownik Pagartu jedzie do gorzelni na Ząbkowskiej, walizkę pieniędzy wymienia na wagon wódki. Będzie pita jeszcze przez dwa lata, ale nie w Londynie, tylko w Warszawie. Gdy wagon dojechał do Wielkiej Brytanii, cło okazało się wyższe niż cena wódki w angielskich sklepach. Transport wrócił do Polski. W Pagarcie raz na jakiś czas prosi się więc na tzw. stonesówkę.
Artyści wylatują z Polski następnego dnia. Rano jedzą jeszcze śniadanie w Hotelu Europejskim. Pod budynkiem koczują nastolatki, to ostatnia szansa na zdobycie autografu. Wejścia strzegą milicjanci. Ola razem z koleżanką mają kartę przetargową: znajoma mamy, która po wojnie wyemigrowała do Kopenhagi, zatrzymała się w hotelu. Milicjant doskonale wie, o co dziewczynie chodzi. Pyta: - A po jakiemu ty z nimi będziesz rozmawiać? - Po angielsku. - Po angielsku?! W socjalizmie?! Skąd ty w ogóle znasz angielski? - Mama każe się uczyć - wypala Ola.
Razem wchodzą do recepcji. Jeśli w środku nie będzie żadnej cioci, to milicjant obiecuje złoić dziewczynom skórę. Ale ciocia wychodzi z pokoju, zgadza się zabrać je do hotelowej restauracji. Siadają obok stolika Stonesów. Ola ma na sobie ten sam golf i tę samą spódnicę w kratkę. Może rozpoznają? W końcu razem z koleżanką wstają, podchodzą do Jaggera, Jonesa, Wattsa, Richardsa i Wymana, proszą o autograf i zdjęcie. Wyciągają radziecką zorkę. Jagger śmieje się, że aparat wygląda, jakby same go zrobiły. Zaprasza dziewczyny do stolika. Ola robi muzykom zdjęcia z profilu. Wyjdą trochę rozmazane, ręka drżała. Jagger pisze na kartce pomarańczowym flamastrem: "Best wishes to my girlfriend".
Pisane pomarańczowym flamastrem autografy i niewyraźne fotografie Aleksandra Fafius do dziś przechowuje w szufladzie komody. W starej kopercie jest jeszcze słynne zdjęcie z wnętrza Sali Kongresowej. Widać na nim wyginającego się Jaggera i rozszalały tłum. Oryginalną odbitkę z lat 60. dostała od autora, Marka Karewicza. - Ta blondynka w piątym rzędzie to ja - uśmiecha się. Pewnie znalazłaby się jeszcze karteczka ze szkoły z napisem "Ola dobrze się uczy".
Karewicz został później wysłany przez Pagart na koncert Stonesów w czeskiej Pradze. Nie dotarł, wolał iść na Louisa Armstronga. Aleksandra Fafius Stonesów na scenie widziała jeszcze kilka razy, jeździła za nimi prawie po całej Europie. Do Polski też przyjechały potem zachodnie zespoły, ale żaden koncert jak ten The Rolling Stones w 1967 r. nie był już takim wydarzeniem.
Aleksandra Fafius: - To było jak pierwsza miłość, pierwszy seks. Przeżycie do szpiku kości.