Jagger pluje goździkiem, czyli 40 lat temu w Kongresowej
Kiedy wyszliśmy po koncercie, na zewnątrz panowała taka dziwna cisza. Zupełnie nierealna, po tym co przed chwilą przeżyliśmy. No i wszędzie było mokro, bo przecież sikawki rozpędzały tłum - opowiada Paweł Brodowski, wtedy basista grupy Akwarele, a dziś naczelny "Jazz Forum".
Nie wiadomo dokładnie, ile osób było w Sali Kongresowej 13 kwietnia 1967 r. na dwóch koncertach (o godz. 17 i 19) The Rolling Stones. Teoretycznie sala mieści około 2,5 tys. osób, ale Brodowski twierdzi, że była bardziej napakowana niż na Milesie Davisie, którego słuchało 5 tys. ludzi. Z upływem czasu coraz więcej osób przyznawało, że były na słynnym koncercie. - Liczba tych, którzy dziś twierdzą, że widzieli Stonesów, przekracza siedmiokrotnie pojemność Sali Kongresowej - śmieje się fotograf Marek Karewicz, który pracował dla Polskiej Agencji Artystycznej, czyli Pagartu, i towarzyszył Stonesom podczas ich pobytu w Polsce. Niełatwo też dziś zweryfikować mity i historie narosłe wokół wizyty pierwszej wielkiej gwiazdy rocka za żelazną kurtyną.
Bóg zsyła bilet pod Pałac Kultury
Do Polski The Rolling Stones przyjechali tylko dlatego, że z ich koncertu w ostatniej chwili zrezygnowała Moskwa. Przyjechali zmordowani. Kiedy wyszli z samolotu, celnicy przetrzepywali ich dwie godziny, szukając niedozwolonych używek. Rozpruli ponoć nawet tubki z pastą do zębów.
- Cała trasa po Europie trwała dwa tygodnie i wszędzie były ekscesy. Policja, gazy łzawiące, chuligańskie rozróby. Wcześniej Jagger, Richards i Jones byli aresztowani za posiadanie narkotyków. Towarzyszyło im pasmo niebywałych skandali - wspomina Brodowski. Tak naprawdę nikt nie wiedział, czego się spodziewać po koncercie Brytyjczyków. Ludzie znali ich muzykę z Radia Luxemburg, dzięki okładkom płyt niektórzy wiedzieli, jak Stonesi wyglądają. Ale nikt nie wiedział, jak Jagger się porusza!
Biletów nie było w powszechnej sprzedaży, rozprowadzały je pod stołem takie instytucje, jak Ministerstwo Kultury, zakłady pracy czy Pagart. - Mój ojciec pracował w Urzędzie Rady Ministrów. Nienawidził muzyki młodzieżowej, kiedy się jednak dowiedział, że w jego pracy oba przyznane bilety na Stonesów pod stołem zgarnęła szefowa działu socjalnego, zrobił awanturę. I w ten oto sposób bilety zdobyłem ja - śmieje się Tadeusz Cegielski, historyk, profesor Uniwersytetu Warszawskiego.
Wiele lat po koncercie do radiowej "Trójki" zadzwonił słuchacz i powiedział, że nie miał biletu, ale jak tysiące innych z całej Polski pojawił się pod Kongresową, marząc o tym, że jakoś wślizgnie się na koncert. I w tym kotłującym się tłumie zaczął się modlić o bilet - bo był bardzo wierzący. I go wymodlił. Znalazł bilet pod swoimi stopami.
Po chwili do radia zadzwoniła kobieta. To ona zgubiła w tłumie bilet i do dziś nie może sobie tego wybaczyć.
Ciężka noc Stonesów w Kamieniołomach
13 kwietnia już od rana pod Hotelem Europejskim młodzi ludzie skandują: "Niech żyją Rolling Stonesi!". Tymczasem muzycy odsypiają upojny wieczór spędzony z fotografem Markiem Karewiczem w szpanerskiej knajpie Kamieniołomy w piwnicach Europejskiego.
Imprezę zaczęli dość wcześnie, bo około dwudziestej, po kolacji podanej do pokojów. - W całej knajpie zajęte były tylko dwa stoliki, przy barze siedziały trzy smutne prostytutki zasłuchane w szlagierach Marino Mariniego granych przez równie smutną orkiestrę - wspomina Karewicz.
Jagger zamawia tequilę. Biegle znający angielski barman, który wcześniej ponoć służył u hrabiego Zamoyskiego, tłumaczy, że tego akurat nie ma, ale ma za to coś najlepszego na świecie. Za chwilę podaje całą tacę piekielnie zmrożonych kieliszków z wyborową. Pierwszy próbuje perkusista Charlie Watts. - OK - wykrztusza.
Do pokoi wrócili około czwartej, prawie na czworakach.
Rano, rzecz jasna, nie zwiedzają więc Warszawy. Śpią. Po południu wiozą ich do Pałacu Kultury i Nauki, zamykają w największej garderobie zwykle przeznaczonej dla pierwszych sekretarzy. Przed wejściem staje milicja. A przed Salą Kongresową - kilka kordonów milicji i ORMO. Władze zostały uprzedzone, że tego dnia odbędzie się koncert angielskich chuliganów i mogą być kłopoty z publicznością, chciały więc przećwiczyć pałki i armatki wodne. I ćwiczyły, na kim popadło, łącznie z kilkusetosobową grupą z Czechosłowacji i Węgier, która przyjechała do Polski specjalnie na ten koncert. I milicja, i tłum robiły się coraz bardziej agresywne. Ludzie wściekali się, że mają bilety, a są legitymowani, że bilety sprawdzane są po kilka razy, za każdym razem gdy przechodzi się przez kolejny kordon milicji oddzielający tłum od Kongresowej.
"Pssss" organów i "please" Jaggera
Do koncertu została niecała godzina. Stonesi stoją na scenie, uruchamiają wzmacniacze. Brian Jones podłącza swoje organy Voksa, a ponieważ radziecka wtyczka przypomina mu te z Ameryki, więc nastawia je na 110 wolt. I włącza. - Pamiętam tę chwilę dokładnie, najpierw takie niepokojące "pssss", a potem cisza - wspomina Karewicz.
Jones spalił organy. Do koncertu zostało już tylko 40 minut, a najbliższym miejscem, w którym można kupić potrzebne Jonesowi klawisze, jest Berlin Zachodni. Okazuje się jednak, że Czerwono-Czarni, którzy grają na rozgrzewkę przed Stonesami, mają nowiuteńkie amerykańskie organy Farfisa. Do właściciela organów Ryszarda Poznakowskiego z Czerwono-Czarnych, dziś skarbnika ZAiKS-u, przychodzą tłumacz z ambasady brytyjskiej, impresario i ubek z Pagartu, który miał pilnować, żeby polski muzyk za dużo nie powiedział. Ubek ni w ząb nie znał języka angielskiego, więc za dużo nie mógł upilnować.
Za wypożyczenie organów menago Stonesów proponuje Czerwono- -Czarnym pokaźną sumę wystarczającą na pół samochodu.
Poznakowski pieniędzy nie chce: - Ja koledze Brianowi Jonesowi chcę pomóc. Pod warunkiem że Mick Jagger przyjdzie i osobiście poprosi.
Po 15 minutach Jones przychodzi z Jaggerem. Jagger patrzy Poznakowskiemu głęboko w oczy. - Please - mówi.
Poznakowski niby chwilę się waha. - Yes - mówi w końcu.
Goździk przeżuty i wypluty
Poznakowski koncert zapamiętał tak: - Ryk był tak potworny przez cały koncert, że niewiele było słychać.
Wojciech Gąssowski dość podobnie: - Tylko podczas "Lady Jane" zrobiło się trochę ciszej, na tyle, że można jej było w miarę spokojnie posłuchać.
Karewicz mówi wprost: - Artystycznie to koncert był do d...
The Rolling Stones uparli się grać na swoich gitarowych wzmacniaczach zamiast na potężnym nagłośnieniu Sali Kongresowej, stąd słychać głównie huk. Mimo to publika szaleje. - Nigdy czegoś takiego nie widzieliśmy. To byli kosmici, którzy grają rock and rolla i wyprzedzają nas o jakieś czterysta lat! - mówi Poznakowski. Stonesi wyszli na scenę rozczochrani, w ubraniach, w których chodzili na co dzień. Karewicz: - Wyglądali, jakby wyszli prosto ze śmietnika, a nasze zespoły wychodziły na scenę wypucowane i wypastowane. Brodowski: - Brian Jones miał najbardziej niesamowitą fryzurę i był najbardziej kolorowo ubrany, taki niby Słowianin albo Skandynaw.
Podczas koncertu Jagger tańczy, jak nikt jeszcze w Kongresowej nie tańczył. Śpiewa "I can't get nooo Sa-tis-fac-tion" i wypina się na pierwsze rzędy, gdzie siedzą partyjni. Partyjni się obrażają i wychodzą. Jedni pamiętają, że cały pierwszy rząd, inni - że tylko kilka osób wstaje i wychodzi. Jeszcze inni - że nikt się na nich nie wypinał, ale nie mogli znieść huku "Satisfaction".
Pamiętają też dziewczynę, która korzysta z okazji i rzuca na scenę goździka. Gwiazdor podnosi go, przeżuwa i wypluwa na publikę.
Pozwól no na "stonesówkę"
Po koncercie w miasto poszła plotka, że muzycy kazali się wozić po mieście i z samochodu rozrzucali swój najnowszy singiel z hitami "Ruby Tuesday" i "Let's Spend The Night Together". Za nimi miała podążać rozwydrzona grupa fanów. Tak naprawdę wrócili do hotelu i położyli się spać, a następnego dnia odlecieli do Zurychu.
Inna legenda opowiada historię honorarium dla Stonesów. Według niej pracownik Pagartu Zdzisław Michorowski przyniósł do hotelu walizkę, w której było 600 tysięcy złotych. Na pytanie zespołu, co można za to kupić, Michorowski rozłożył ręce i rozbrajająco wyznał: "Wiecie, u nas niewiele jest". Perkusista Watts zakomenderował: - Kup za to wódkę.
Michorowski pojechał więc na Pragę i kupił w gorzelni na Ząbkowskiej cały wagon wódki. Kiedy dostawa dotarła w końcu do Wielkiej Brytanii, cło okazało się tak wielkie, że wagon z powrotem odesłano do Polski. Ponoć jeszcze dwa lata po koncercie Stonesów w Warszawie w Pagarcie można było usłyszeć: - Masz chwilkę? Pozwól no na "stonesówkę".
alex.klos@agora.pl
lukasz.kaminski@agora.pl
Jagger tańczy, jak nikt jeszcze na scenie w Kongresowej nie tańczył. Publika szaleje Mick Jagger prosi Ryszarda Poznakowskiego z Czerwono-Czarnych (biała koszula) o pożyczenie organów: - Please - mówi. - Yes - odpowiada Poznakowski