Łaciaty miś
Było lato 1974 roku. Kilkanaście harcerskich namiotów stanęło na polanie w samym sercu Bieszczad. Byłem w II klasie liceum i wtedy wydarzyła się moja niezapomniana przygoda. Zaprzyjaźniony z nami leśniczy, pan Karol, snuł wieczorami długie opowieści o zamieszkujących te lasy niedźwiedziach! Ognisko płonęło, iskierki spadały na buty, a kolega cichutko brzdąkał na gitarze. To był wieczór mojej nocnej warty przy bramie. Za chwilę cały obóz miał zasnąć w zielonych śpiworach, a ja z kolegą Adamem w ogromnych kaloszach na nogach stanęliśmy przy bramie. Minuty mijały, nadchodziła czarna, cicha noc. Nagle w zagajniku olchowym coś zaszeleściło..., zaszumiało..., zadudniło i zanim zdążyło wyjść, nas już na warcie nie było! Ogromny tuman kurzu pozostał na drodze, a niedźwiedź daleko w tyle! Przebiegliśmy wtedy najszybsze w życiu 50 metrów. Między namiotami obozowiska doczekaliśmy świtu. Szukając w krzakach śladów niedźwiedzia, zobaczyliśmy tylko odciśnięte w błocie krowie kopytka i wielki placek między nimi.
4 miliony tekstów od 1989 roku.
Zyskaj dostęp do archiwalnych treści "Gazety Wyborczej".
Znajdź historie, których szukasz.