Michał Górski: (śmiech) Zdecydowanie nie.

- Tu odpowiedź jest równie trudna. Praktycznie można aikido zastosować do wszystkiego. Filozofia aikido jest tak sformułowana, że każdy może w niej znaleźć coś dla siebie.

- (śmiech) Tak. Bo aikido to sposób myślenia. Dla mnie aikido to harmonia. Na Wschodzie mówi się, że harmonia ciała i ducha. W Europie można powiedzieć po prostu: w zdrowym ciele - zdrowy duch. Na zajęciach często ćwiczymy tę harmonię: chodzi tu o zgranie w czasie, koordynację ruchową, zgranie z partnerem, o akceptację ruchu, poczucie przestrzeni. To wszystko można wykorzystywać w różnych dziedzinach życia, traktować jako sposób na relaks, zdrowie, wykonywanie pracy ochroniarza czy policjanta.

- W 1982 r. spotkałem się z tym praktycznie, wcześniej tylko coś mi się obiło o uszy. Zobaczyłem plakat: pokaz aikido. Poszedłem i od razu mi się spodobało.

- Nigdy nie interesowało mnie pokonywanie kogokolwiek. Jestem - i zawsze byłem - w miarę duży. Nie miałem potrzeby, żeby się bronić przed atakiem, bo nikt mnie nie atakował. Zafascynował mnie ruch. Chłopak, który dokonywał wtedy prezentacji, był drobny - atakowało go trzech rosłych drabów. On ich przewracał samym ruchem. Poza tym był to ruch niezwykle elegancki. Mówi się, że aikido jest sztuką walki dla dżentelmenów. W tamtych czasach - na początku lat 80. - aikido rozwijało się głównie wśród inteligencji, w ośrodkach uniwersyteckich. Wiązało się też ze specyficzną, zupełnie u nas obcą filozofią: akceptacji partnera, czucia przestrzeni, czucia partnera. Czasami dochodziło aż do przesady...

- Krążyły na przykład legendy o tym, że można przewracać partnera samym oddechem, ba, samą energią. Opowiadano o tym, że wystarczy kogoś dotknąć, żeby mu zrobić dużą krzywdę. Wynikało to głównie z tego, że nie było kadry instruktorskiej, każdy próbował na własną rękę szukać informacji i mnożyły się nieporozumienia. Była nawet taka aneg-dota, że spotkało się dwóch mistrzów aikido, jeden wątpił w umiejętności drugiego, więc powiedział: uderz mnie. Ten uderzył, a on go kopnął. I natychmiast rozgorzała między nimi zażarta dyskusja: co jest aikido, a co nie.

- To się zgadza. Aikido jako sztuka samoobrony zawsze wykorzystuje atak przeciwnika. Jeśli nie ma ataku - nie ma obrony. Nie ma sensu się bronić, jeśli ktoś nie atakuje. Ale jeśli atakuje, szuka się najrozmaitszych pomysłów, żeby ten atak zneutralizować. Często się mówi, że w aikido nie ma miejsca na agresję. I jest w tym racja, ale też niemożliwe jest pokonanie przeciwnika, jeśli nie wzbudzimy w sobie pewnego stanu ducha, który sprawi, że będziemy walczyć.

- W pełnym kształcie powstało ono po drugiej wojnie. Mówi się wprawdzie o aikido przedwojennym, ale ono wyglądało zupełnie inaczej - było traktowane jak stosunkowo agresywna sztuka walki. Po klęsce Japonii Morihei Ueshiba, założyciel Aikido, stwierdził, że do walki używa się dziś karabinów, czołgów, bomb. Zmienił filozofię. Duży wpływ na tę zmianę miała religia. Myślę, że także jego wiek. Od tego czasu mówił, że aikido to sztuka miłości, sztuka akceptacji partnera, przeciwnika. Powtarzał: jeśli będziemy nastawieni na pokonanie kogoś - zawsze znajdzie się ktoś lepszy. Jeśli zaś zdecydujemy się na dążenie do samorozwoju - będziemy stawać się lepsi. Ruch stał się płynniejszy, okrąglejszy. Ta ewolucja mistrza spowodowała serię nieporozumień. Kolejni uczniowie mówili o tym, czego nauczyli się od niego, ale przecież odchodzili na różnych etapach jego rozwoju.

- W różnych okresach nauczycielowi przyświecały różne cele: początkowo to rzeczywiście była sztuka walki, pokonywania przeciwnika. Jeżeli ktoś dziś chce się tym zajmować, może czerpać z tego okresu. Natomiast jeśli ktoś chce przez aikido medytować, to niech szuka inspiracji w ostatnim okresie życia założyciela.

- Cóż, ja też przeszedłem przez różne etapy szukania sensu w aikido. Pierwotnie rzeczywiście fascynował mnie tylko ruch. Chodziło o to, żeby czerpać z niego przyjemność. Z czasem zainteresowała mnie praca ciałem, oddziaływanie na partnera..... A potem miałem szczęście trafić na japońskiego mistrza Nishio, który praktycznie łączy wszystko.

To wyjątkowy człowiek: zawsze uśmiechnięty, radosny, cieszy się, kiedy może uczyć, jest obdarzony wielką charyzmą, a przy tym bardzo skromny. Nie celebruje swojej osoby, nie każe za sobą nosić torby...

- Owszem. Zdarza się, że uczniowie sami chcą to robić w myśl zasady, że służą swojemu mistrzowi. Ale bywa i tak, że mistrz to egzekwuje. Moim zdaniem nie najlepiej świadczy to o mistrzu.

- Żadnych. Naprawdę każdy może się tym zająć. Nie ma granic i nie ma barier. Ani wiekowych, ani sprawnościowych. Kiedyś zgłosili się do nas rodzice dzieci z zaburzeniami postrzegania przestrzennego: niektóre z nich nie potrafiły nawet określić, gdzie jest prawo, lewo, góra, dół. Po roku zajęć niewiele odstawały od reszty grupy.

- (śmiech) Bardzo wiele. Przede wszystkim jest to też forma ruchu. Ćwiczy się w parach, trzeba czuć ruch partnera i własne ciało. Trzeba umieć poprowadzić part-nera i wykorzystać jego ruch, dopasować się do niego. Trzeba czuć przestrzeń i w tej przestrzeni się poruszać. Nie mówię już o koordynacji ruchowej, zgraniu w czasie. Gdyby puścić muzykę, ktoś, kto by widział aikido pierwszy raz w życiu, mógłby pomyśleć, że to taniec.

- Na potańcówkach - tak. Lubię tańczyć.

- (śmiech) Nie, tańczę, jak wszyscy: walca, rock and rolla...

- Wiele szkół walki prowadzi zajęcia w ten sposób, żeby nauczyć konfrontacji: dziecko uczy się uderzać, kopać. Robi to wszystko, żeby umieć się obronić. Ale zdarza się, że uczeń zaczyna komuś robić krzywdę. Aikido uczy odwrotnego myślenia. Poza tym uczy też współpracy, akceptacji partnera, szacunku dla tego, co się robi. W zajęciach, które ja prowadzę, dzieci uczą się też wchodzić w grupę, pracujemy nad wzmocnieniem psychicznym. Często już świadomość tego, że potrafię coś zrobić, wystarczy, żeby nie zostać potencjalną ofiarą. Sposób poruszania się, sposób, w jaki stoimy, siedzimy, ułożenie głowy - wpływa na to, czy jesteśmy atakowani, czy nie. Aikido jest sztuką, która uczy bardzo naturalnego sposobu poruszania się. Nie jesteśmy ani zbyt agresywni, ani też schowani, zamknięci. Uczy także pogodnego spojrzenia na świat. Rodzice przyprowadzają do nas dzieci zbyt pobudliwe - aikido doskonale je wycisza. Z kolei dzieci zbyt zamknięte i bojaźliwe zostają tu uaktywnione.

- To bardzo trudna, ale też bardzo inspirująca i satysfakcjonująca praca. Tancerze zajmują się ruchem na co dzień od rana do wieczora. Są bardzo sprawni ruchowo, wiedzą, czego oczekiwać od zajęć i chcą to jak najszybciej osiągnąć. Ale mają bardzo dużo ruchowych nawyków, które trzeba zniwelować i to zajmuje bardzo dużo czasu. Kilkoro z nich zniechęciło się tym, że efektów nie widać od razu, że trzeba na nie czekać, a ja ten efekt widziałem po każdych zajęciach. Myślę, że niektórym bardzo przydałaby się dłuższa praca z aikido. Są bardzo usztywnieni w ramionach. Poza tym mają jeszcze jedną charakterystyczną cechę: bardzo szybko umieją powtórzyć każdy ruch. A w aikido nie chodzi o powtarzanie, kopiowanie, ale o reakcję, odpowiedź na działanie partnera, ułożenie jego ciała. Myślę, że w tańcu też. Chciałbym lepiej poznać ich język, żeby usprawnić pracę, żeby mnie lepiej rozumieli. Używam języka ze sztuki walki, a nie z tańca czy teatru. Chciałbym pokonać tę barierę. Czasami na zajęciach pokazywałem ruch czy krok, a Ewa Wycichowska mówiła, że to jakiś pas. To pomagało.

- Tak, jeśli tylko czas mi pozwalał. Widzę, że wykorzystują moje uwagi z maty. Martwi mnie tylko to, że im nie starcza czasu na aikido. Podobnie jak dzieciom, których rodzice decydują, że teraz czas na pianino, tenis, konie, angielski...

- Aikido to moja pierwsza miłość. I ostatnia.

[podpis pod fot./rys.]

Aikido uczy współpracy, akceptacji partnera, szacunku dla tego, co się robi - mówi Michał Górski