Wentyl czyli gwóźdź
Rolling Stones w Polsce? W 1967 roku to było niemożliwe, jak cielę o trzech głowach.
Zbigniew Hołdys, były lider Perfectu, zamyka oczy i widzi, jakby to się zdarzyło wczoraj. Kurtyna rozsuwa się, a Sala Kongresowa wyje. Najpierw słychać gitary, potem perkusję. Rozpoznaje po trzech taktach - to jest "The Last Time".
Dzięki pani Zajączkowskiej, która załatwiła bilet w Pagarcie, siedzi w szóstym rzędzie i ma ich wszystkich na wyciągnięcie ręki.
- I czuję się jak muzułmanin, który odwiedza Mekkę - wspomina Hołdys.
Ktoś wnosi na scenę kosz żółtych żonkili. Mick Jagger podnosi kwiaty, wgryza się w nie, a potem ciska je w publikę. Prosto w szósty rząd.
- Kopałem, biłem i gryzłem, ale je złapałem.
Potem zagrali "Everybody Needs Somebody". Kongresowa drgała w amoku. I to był koniec.
- Na scenie lądowały biustonosze, majtki, buty. A ja wyrwałem pulpit z krzesła, bo nic innego nie miałem pod ręką - tłumaczy się Hołdys, który miał wtedy 16 lat.
Pamięta jeszcze ciosy w głowę. I milicjanta, który wlecze go ciemnym korytarzem. A tam, na końcu, stoi facet i do gołej skóry goli "chuliganów" wyciągniętych z tłumu.
"Nie szwendaj się tu, mały" - mówią do niego i puszczają wolno. Zamiast golenia dostał tylko dwie pały po grzbiecie.
- A żonkile? - pytam.
- Mam je do dziś. Po koncercie wsadziłem do jakiejś książki i teraz nie mogę ich znaleźć. Tak jak brązowego rękawa ortalionowego płaszcza, którym otarłem się o Billa Wymana.
Zbuntowani, ekscentryczni, wyluzowani
13 kwietnia 1967 r. Edward Ochab, przewodniczący Rady Państwa, wrócił z Włoch, partyzanci południowowietnamscy zniszczyli most w Da Nang, minister Marian Spychalski wręczył medale ormowcom, a Zakłady Pasmanterii w Grajewie na cześć 1 Maja i rocznicy Wielkiego Października zmniejszyły o pół procentu odpady.
I tylko "Sztandar Młodych" przyjazdowi Stonesów poświęcił dwuzdaniową notkę:
"12 bm. przybył do Warszawy londyński zespół bigbitowy The Rolling Stones. Na lotnisku Okęcie dziewczęta wręczyły członkom zespołu wiązanki kwiatów". Niżej zdjęcie: dwie dziewczyny w białych koszulach i krawatach (chyba z ZMS) wręczają celofanowy bukiet facetowi w nastroszonym futerku. To pewnie Jagger, ale trudno rozpoznać, bo naciągnął wielki kapelusz na oczy, a na przyblakłej gazetowej fotografii i tak niewiele widać.
- Oni w tej szarości komuny wyglądali jak pawie - wspomina Bogdan Olewicz, poeta, autor tekstów piosenek i były hipis. - Kolorowe koszule, spodnie, jakieś futerka narzucone na siebie. Jezu święty, oni byli dla nas żywą legendą.
Na szpulowy Dniepr 10 Olewicz, wówczas student politechniki, nagrywał wtedy co lepsze longplaye, którymi wymieniał się z chłopakami z Mokotowa (najczęściej z Wojciechem Mannem i Andrzejem Olechowskim).
- Liczyły się dwa zespoły - opowiada. - Beatlesi byli dla grzecznych i dorośli zbyt dobrze o nich mówili, a Stonesi - zbuntowani, ekscentryczni, wyluzowani, nigdy nie dali się uczesać. Byli na szczycie i mieli forsę. Tacy chcieliśmy być.
Pamięta, że na placu stał tłum facetów uczesanych na Elvisa, wciśniętych w dżinsy i buty w szpic (tzw. rolingstonki, które podrabiał co drugi szewc w stolicy). A on przedzierał się do wejścia, ściskając w ręce bilet, który kupił u konika. Ręce mu się pociły. Bilet mógł być przecież fałszywy. Nie wpuszczą. Nie zobaczy koncertu.
- A to znaczyło, że wylądowałem za burtą wszystkich układów towarzyskich.
Za wagon wódki
Marek Karewicz chciał zostać jazzmanem, ale gdy Leopold Tyrmand obejrzał jego zdjęcia, poradził szczerze: - Przestań pierdzieć w trąbkę i zajmij się fotografią.
Dziesięć lat później stał na Okęciu i ściskał dłoń Jaggera, bo jako jedyny fotoreporter miał w kieszeni przepustkę Stołecznej Estrady: "Upoważnia się obywatela Karewicza do kontaktu i przebywania z zespołem Rolling Stones".
Pojechał ze Stonesami do Europejskiego. Mieszkali tam jeszcze dwa dni.
- Jakiś patriotyzm się we mnie odezwał i zacząłem im opowiadać o świszczących kulach i zburzonej przez hitlerowców stolicy - opowiada Marek Karewicz. - Podchodzę do okna i pokazuję im Grób Nieznanego Żołnierza, a oni się dziwią: "Jak to nieznany żołnierz? Jakoś się musiał nazywać, skoro go tu pochowali".
- I co się dziwić - dodaje pan Marek. - Dla nich to było kolejne miasto na trasie koncertowej. Ich tylko interesowało, gdzie się można napić.
Wódkę serwowano na dole - w Kamieniołomach. Tequili nie było. Pan Bronek, przedwojenny kelner, zaproponował Wyborową, którą przyniósł w oszronionych 25-gramowych kieliszkach.
- Pierwszy do ataku ruszył Keith Richards. Pił jak Słowianin, odrzucając głowę do tyłu, zgodnie z instrukcją kelnera - na wspomnienie pan Marek chichocze. - Dużo Wyborowej wypili, bo do pokoi wracali na czworakach. A dyrektor Pagartu później mi zarzucał, że rozpijam artystów. Dlatego fatalnie grają. Nie wiem, czy ktoś się odważył to powiedzieć, ale oni w Kongresowej naprawdę źle grali.
Przy Wyborowej pan Marek dowiedział się, że przyjazd do Warszawy wymyślił menedżer Leslie Perrin, by odwrócić uwagę prasy od skandali, które towarzyszyły zespołowi. Tak naprawdę chcieli grać w Moskwie, ale nie wyszło. Władysław Jakubowski, ówczesny dyrektor Pagartu, miał wtedy skłamać, że w Polsce jest prawie jak w ZSRR.
Za dwa koncerty o 17 i 20.30 zespół zainkasował 600 tysięcy złotych (tak słyszał pan Marek), czyli około trzech warszaw (to był wówczas najbardziej pożądany samochód).
Przed odlotem przyszli do Pagartu z walizą pieniędzy (nic w świecie nie mogliby za nie kupić, a nikt wtedy jeszcze nie marzył o wymienialności złotówki) i poprosili, by za wszystko kupić im wódkę, którą pili w Europejskim.
Ale wagon z Wyborową wrócił do Polski, bo gdy trzeba było zapłacić cło, zespół zrezygnował z honorarium.
Pan Marek pamięta, że przez następne dwa lata, gdy tylko pojawił się w Pagarcie, koledzy proponowali ukradkiem: - Napij się rolingstonki.
- To legenda - twierdzi Adam Sowiński. W Pagarcie pracuje od 1970 roku. - Tak samo jak z plotką, że Charles'owi Aznavourowi zapłaciliśmy za koncert futrami.
W Pagarcie nie pracuje już nikt, kto przygotowywał koncert, dokumentację zmielono, a zdjęcie z autografami Stonesów ktoś dziesięć lat temu ukradł ze ściany.
Wywiad, który się nigdy nie ukazał
- Czy Gomułka lubił rock and roll? - pytam Franciszka Walickiego, który zaszczepił w Polsce rocka.
- On? - dziwi się. - Na pewno nie. Ale jego wnuczka ponoć lubiła i stąd Rolling Stones mogli zagrać w Polsce. Bo partia i rock and roll wykluczały się nawzajem. Włodzimierz Sokorski, który był szefem Radiokomitetu i bywał w KC, mówił, że Gomułka nie lubi tej muzyki. Ale potem się przyznał, że jego wnuczka tego słucha, więc machnął ręką i powiedział: "Niech już będzie". A mimo to KC zabroniło Sokorskiemu puszczać bigbitu w radiu.
W 1967 r. Walicki miał czterdziestkę, był kierownikiem działu kulturalnego w gdańskim "Wieczorze Wybrzeża". A przez Gdańsk trafiały do kraju najnowsze płyty przywożone przez marynarzy.
Nie mógł uwierzyć, że Stonesi przyjeżdżają do Polski: - To było niemożliwe - mówi pan Franciszek - jak cielę o trzech głowach.
Po koncercie przeprowadził wywiad z Jaggerem. ("Niechętnie rozmawiali, a na dodatek ten mój akcent spod Kołomyi").
Po 31 latach pan Franciszek pamięta dokładnie tylko jedno pytanie, które wtedy zadał: "Jesteście buntownikami. Dlaczego starsze pokolenie nie rozumie waszych piosenek?".
Mick Jagger bez namysłu odpowiedział: "Nie muszą rozumieć. Mają się nas bać".
- Nie muszę chyba panu tłumaczyć, że ten wywiad nigdy się nie ukazał.
Na kogo wypiął się Jagger?
Najbardziej znane zdjęcie z koncertu w Kongresowej: Mick Jagger wpycha do ust czerwony goździk. (Że był czerwony, pamięta Zbigniew Hołdys, bo zdjęcie jest czarno-białe).
Potem Marek Karewicz widział tę swoją fotografię jeszcze kilka razy w różnych gazetach, gdy podróżował po świecie. Ostatnio, w ramce na ścianie, w jakimś warszawskim pubie.
On sam, ze 120 zdjęć, które wtedy zrobił, ceni jeszcze "wypiętego Jaggera".
- Czy pan wie, na kogo on się wtedy wypiął? - pyta pan Marek.
- Na publiczność? - zgaduję.
- Na pierwszy rząd. A tam siedział sekretarz partii, minister kultury i prezydent Warszawy.
Dziesięć lat później pan Marek był w Kolonii. W gazecie przeczytał, że Stonesi zdemolowali hotel na Adenauerstrasse. - Poszedłem tam - wspomina. - Leslie Perrin, ich menedżer, powiedział mi, że wczoraj chłopcy jeździli motorami po hotelu, a dziś są wściekli na dziennikarzy, bo to opisali. Pewnie więc nie będą chcieli gadać.
Ale się mylił. Wyszedł Jagger. Spytał pana Marka: "Jak tam u was?". Pogadali chwilę.
- Nawet mnie poznał. Tylko nie pamiętał, skąd jestem. Dla pewności zapytał: "From Poland or Holland?".
Poszedłem z ciekawości
Krzysztof Teodor Toeplitz na łamach "Kultury" zamieścił jedną z nielicznych recenzji warszawskiego koncertu Stonesów:
"Refrenistą tego zespołu jest facet z lwią grzywą, o twarzy troglodyty, odziany w złotą marynarkę, malinową, lejącą się koszulę, szalik barwy nieokreślonej, lecz pokryty fantazyjnymi wzorami, i żółte, niewiarygodnie obcisłe spodnie. Ruch solisty (...) nawiązuje przejrzyście do tradycji Madame Artur, znanego paryskiego kabaretu pederastów. Sekunduje mu (...) gitarzysta, w którego ubiorze agresywny kolor wiśniowy walczy o lepsze z granatowym. Po bokach, jak dwa słupy obojętności, stoją dwaj następni muzycy, z których jeden zwłaszcza, w żółtej koszuli, czarnym oblamowanym złotem kusym kubraczku i białych spodniach, wydał mi się fenomenem godnym uwagi. (...) Długie, jasne włosy, puszczone prosto na twarz i ramiona, nadały mu wyraz starej kobiety z epoki kamienia łupanego (...). Niemożliwe jest pisanie o Rolling Stonesach jako o zjawisku muzycznym (...) ponieważ w Sali Kongresowej nie było słychać nic poza jednostajnym rykiem młodzieżowej widowni".
Dalej Toeplitz zastanawia się, dlaczego Stonesi nie spodobali się ani jemu, ani jego rówieśnikom: "Postarzeliśmy się? Bo ja wiem? Myślę, że dla pokolenia wychowanego na jazzie ten cały ruch rhythm and blues jest zjawiskiem niepojętym. W latach 40. i 50. jazz był demonstracją nonkonformizmu. To samo niektórzy twierdzą dziś o bigbicie, ale to nieprawda".
Dzisiaj Toeplitz nie pamięta tego felietonu.
- Ceniłem Beatlesów. Byli elegantsi, robili coś lepszego i ważniejszego. Melodie Beatlesów przeszły do historii muzyki, a z twórczości Rolling Stonesów niewiele cenię i wspominam. Stonesów nigdy nie lubiłem.
- To po co pan w ogóle poszedł na ten koncert?
- Z ciekawości. Chciałem zobaczyć, co się stanie. A atmosfera była bardzo gorąca. Sala szalała. Wtedy wytworzył się ten rytuał koncertowy, który trwa do dziś.
Dwa tysiące członków partii na stadionie
Christopher Sandford w wydanej trzy lata temu przez Czytelnika książce "Mick Jagger - sympatyczny gbur" poświęcił kilka zdań pierwszemu koncertowi Stonesów za żelazną kurtyną.
Albo okłamał go któryś z członków zespołu, albo Sandford wyssał sobie z palca tę całą opowieść, bo w książce napisał, że Stonesi grali na stadionie, na widowni siedziało dwa tysiące członków partii, a do tłumienia zamieszek użyto wojska.
Zresztą skąd miał wiedzieć, jak było. W Anglii ukazała się tylko krótka informacja o koncercie w brukowym "Daily Mirror": "Wczoraj wieczorem policja użyła pałek i petard z gazem łzawiącym w bitwie z dwoma tysiącami młodych, którzy szturmowali Pałac Kultury, próbując zobaczyć The Rolling Stonnes. Policjanci ubrani w stalowe hełmy pałowali, a młodzi awanturnicy bronili się za pomocą rozbitych butelek. Demonstrantów poszczuto policyjnymi psami, a następnie użyto petard z gazem łzawiącym" - pisał Don Short w korespondencji z Warszawy.
"Życie Warszawy" było mniej wyrozumiałe: "Zaczęło się od okrzyków i gwizdów skierowanych przeciw funkcjonariuszom MO i członkom ORMO. Można było podziwiać ich opanowanie i zimną krew. Dopiero gdy poleciały kamienie i cegły, gdy zaczęto tłuc kosze i rozbijać szklane gablotki, a także szyby w zaparkowanych samochodach, milicja przeszła do energicznego kontrdziałania. Niewątpliwie organizatorzy podobnych imprez wyciągną odpowiednie wnioski po wczorajszych awanturach".
- Te dzieci nic im nie robiły, przyszły tam, żeby zobaczyć swoich ulubieńców, a oni ich prowokowali i tłukli - wspomina Marek Karewicz. - Jeszcze raz miałem dowód, że komuna to swołocz.
Krótka rozmowa dwóch gwiazdorów
- Ten koncert miał być dla władzy wentylem, a stał się gwoździem do trumny - uważa Ryszard Poznakowski, lider Czerwono-Czarnych, którzy otwierali koncert Stonesów. - Wtedy okazało się, że zachodniej kultury nie da się powstrzymać. Można ją tylko dawkować.
To na jego klawiszach grał tego wieczoru Brian Jones. Organy Stonesów spaliły się i wtedy ich menedżer zapytał Poznakowskiego, ile kosztować będzie wypożyczenie instrumentu.
- Nic - odpowiedział. - Jeśli Mick Jagger mnie o to poprosi.
To była najkrótsza rozmowa z gwiazdorem.
- On stał i coś do mnie mówił, a ja z wrażenia wykrztusiłem z siebie tylko "yes" - wspomina Poznakowski. - Bo to był wielki zaszczyt, że moich klawiszy dotykał swymi dłońmi świętej pamięci Brian Jones.
Ryszard Poznakowski wiele razy zastanawiał się, jak oni, w '67, postrzegali Polskę.
- Musiała ich przerażać nasza siermiężność.
- Skąd ta pewność?
- Bo tak samo czuliśmy się na koncertach w Mongolii, kiedy pojechaliśmy tam w 1969 roku jako pierwszy zespół bigbitowy.
Cud pod butem
Przed rokiem Piotr Kaczkowski przywitał słuchaczy "Trójki pod księżycem": - Jest 13 kwietnia, ten dzień będziemy długo pamiętali. Jeśli ktoś słucha, pamięta, niech dzwoni.
Puścił jedną ze stosu płyt Stonesów, które przyniósł na ten wieczór. Telefony się rozdzwoniły.
Piotr Stelmach, który towarzyszył Kaczkowskiemu, pamięta, że od północy do trzeciej nad ranem było około stu telefonów.
Ludzie mówili: że 30 lat temu dostali pałką, że bilety zdobyli w radzie zakładowej, że pojawiły się fałszywki, że konie zdzierały skórę z człowieka, że było cudownie, że nigdy w życiu nie zapomną.
Około pierwszej telefon z Lubina (niektóre głosy Stelmach zachował na taśmie do dziś):
- Przed Salą Kongresową dziki tłum. Milicja nas gania. Nie marzyłem nawet, że wejdę. Nadzieje na kupno biletu tuż przed koncertem były zerowe. To była utopia. Stałem tam z kolegą, bo chcieliśmy ich zobaczyć, jak będą wchodzić. Nagle - tu głos lekko drży - patrzę w dół, tuż obok moich nóg. W tym tłumie, na chodniku, nowy, cały i ważny - bilet na koncert. Cud! Do dziś nie mogę w to uwierzyć.
Kolejna piosenka Stonesów. Telefon.
- Ja pamiętam tego pana, co przed chwilą dzwonił - mówi kobiecy głos. - On stał za moimi plecami i mówił do kolegi: "Kurcze, co tu zrobić, żeby wejść". I nagle słyszę krzyk: "O Jezu! Znalazłem! Mam!". I widziałam, jak z ziemi podnosi bilet. I potem ten pan wpychał się za mną do bileterów. I krzyczał: "Mam bilet! Mam bilet!!!". Bo już zamykali drzwi i nie chcieli wpuszczać.
Znów dzwoni kobieta:
- Ten bilet, który ten pan znalazł, był chyba mój - mówi nieśmiało szorstki głos. - Pamiętam, że w tym wielkim tłumie dopchałam się do wejścia. Bilet trzymałam cały czas w ręku. Chcę go pokazać, a ja go już nie mam. On kosztował 500 zł, a to było pół mojej pensji. Boże, jak ja płakałam. Miałam wtedy 18 lat. Do dzisiaj pamiętam to uczucie zaciskające gardło.
Na linii czeka znalazca z Lubina: - Ja bardzo pani współczuję. Ale niech pani mnie zrozumie, że jak znalazłem ten bilet, myślałem, że stał się jakiś cud. A teraz, po trzydziestu latach... Jakaś niesamowita historia!
Piotr Stelmach chowa taśmy do szarych kopert, każda to jeden głos. Wystarczy wyciągnąć szpulkę, wsunąć w głowicę, by jeszcze raz posłuchać.
Piotr, który ma 27 lat i nie mógł być na koncercie, bardzo lubi słuchać tej historii o zaginionym bilecie. - Oni w czasie tej audycji, już poza anteną, obiecali sobie, że muszą się spotkać - opowiada.
- I co?
- Też mi to nie daje spokoju. Ale nie mam ich numerów telefonów, nie znam imion, nazwisk, nie mam jak zapytać. Na własny użytek wymyśliłem zakończenie tej historii: on jej funduje bilet i razem spotykają się na koncercie Stonesów w Chorzowie.
Może coś się obudzi
- W Chorzowie będzie podobnie jak w Amsterdamie - twierdzi Dariusz Bernacki z katowickiego Alma Art, który przygotowuje koncert.
Staną 25 metrów nad ziemią. Jagger powie: "Hello, Chorzów", uderzy w struny i z głośników popłynie "Satisfaction" wzmocnione o 252 tysiące wat.
Krzysztof Toeplitz nie będzie słuchał. Nie lubi.
Marek Karewicz nie ma czasu.
Franciszek Walicki byłby, gdyby nie kłopoty rodzinne.
Piotr Stelmach siedzieć będzie w loży prasowej, gdzieś pod koroną stadionu.
Bogdan Olewicz w tłumie z przyjaciółmi, tak jak Zbigniew Hołdys, który przyjedzie z dziesięcioletnim synem Tytusem.
- Może w nim też coś się obudzi, jak ich zobaczy - marzy Hołdys.
Tylko Ryszard Poznakowski kombinuje, jak odwołać koncert Trubadurów i zjawić się w Chorzowie: - Jeśli pan tam zobaczy podskakujących w rytm muzyki pięćdziesięcioletnich łysych facetów z brzuszkiem, to będą to bigbitowcy z lat 60.
PS Dziekuję Piotrowi Stelmachowi z radiowej "Trójki" za udostępnienie archiwaliów.