"SATISFACTION" W PRL
Andrzej Rosner, wydawca, a przed 40 laty uczeń liceum Rejtana, dobrze zapamiętał sceny, które 13 kwietnia 1967 r. rozgrywały się przed Pałacem Kultury: "Było oczywiste, że tłok będzie duży, ale nie sądziłem, że aż taki. Szedłem od skrzyżowania Marszałkowskiej z Alejami Jerozolimskimi i pierwsza rzecz, jaka mi się rzuciła w oczy, to milicja w pełnym rynsztunku. Wtedy właśnie po raz pierwszy zobaczyłem to, co potem miałem okazję oglądać w marcu 1968 - tarcze, długie bojowe pałki, co kilkadziesiąt metrów patrole z psami. Dość szokujący widok".
Kamera Polskiej Kroniki Filmowej utrwaliła obraz falującego tłumu, młodych ludzi napierających na kordon milicjantów, wdrapujących się na drzewa i pomniki. Skandowano: "My chcemy Stonesów!". Za chwilę rozpocząć się miał pierwszy w Polsce i pierwszy w obozie socjalistycznym koncert legendarnego zespołu. "Tłum gęstniał, od rogu Emilii Plater do wejścia na Salę Kongresową przeciskałem się prawie pół godziny - opowiada Rosner. - Przezornie nie wyciągałem biletu, dopóki nie stanąłem oko w oko z portierem. Pamiętam zbiorowy jęk zazdrości, kiedy przy pierwszej bramce (a było ich kilka) wyjąłem ten bilet". Chociaż koncert zorganizowano niemal ukradkiem - nie tylko bez promocji, ale też prawie bez zapowiedzi - o tym, żeby dostać bilet w kasie, nie było co marzyć. Dystrybucja odbywała się głównie poprzez związki zawodowe w zakładach pracy, pewną liczbę zarezerwowano też dla partyjnych dygnitarzy. Wejście na koncert załatwiało się po znajomości - najlepiej w rodzinie.
"Rozmawiałem właśnie z automatu telefonicznego z moją dziewczyną, kiedy zobaczyłem, jak na płocie okalającym budowę Domów Centrum wieszają kilka niepozornych plakatów Rolling Stones - opowiada Krzysztof Gula, wówczas student archeologii. - Krzyknąłem tylko: >>później wszystko ci wyjaśnię<< i rozłączyłem się, żeby zadzwonić do mojej mamy, która była wiceprezesem spółdzielni. >>Mamo, muszę mieć bilet Koncert Stonesów stał się w ówczesnej Polsce wydarzeniem niezwykłym, oni sami zaś byli przybyszami z innego świata. Skandalizujący, luzacki wizerunek grupy był zaprzeczeniem oficjalnego pustosłowia i partyjnych rytuałów. Żeby pokazać kontrast, wystarczy przypomnieć, czym żyła warszawska prasa w dniach wizyty zespołu. "Trwały dorobek wielkiej lekcji historii. Przyjęcie programu obchodów 50. rocznicy rewolucji październikowej" - głosiły nagłówki na pierw-szych stronach. - "Stocznia Gdańska otrzymała imię Włodzimierza Lenina. Przemówienie tow. Zenona Kliszki", "Odsłonięcie pomnika ofiar faszyzmu w Oświęcimiu", "Przygotowania do obchodów Dnia Włókniarza", "Duszniki Zdrój, Kamień Pomorski i Żegiestów stają w szranki w turnieju miast". Na temat okoliczności sprowadzenia do Polski Stonesów krążyły rozmaite legendy. Uważano, że była to decyzja polityczna podjęta na najwyższym szczeblu. Ówczesny szef Radiokomitetu Włodzimierz Sokorski utrzymywał, że zgodę - po dłuższych wahaniach - wyraził sam Gomułka. Wedle innej wersji zespół miał pierwotnie lecieć do Moskwy, jednak w ostatniej chwili politycy radzieccy rozmyślili się i dlatego koncert mógł się odbyć w Warszawie. Dokumenty z archiwum PZPR sugerują, że prawda była o wiele bardziej prozaiczna. Pertraktacje z menedżerem Stonesów Państwowa Agencja Artystyczna "Pagart" rozpoczęła na przełomie 1965 i 1966 r., wcześniej otrzymawszy zgodę z odpowiedniego departamentu Ministerstwa Kultury i Sztuki, które z kolei konsultowało sprawę z Wydziałem Kultury KC. Motywy zaproszenia były raczej trywialne. "Coraz trudniej przychodzi nam znaleźć pozycje dochodowe, które by dawały dochód złotówkowy Agencji, jak i pozwalały na mecenat dopłatowy z naszej strony w stosunku do innych imprez - tłumaczył wicedyrektor Pagartu w piśmie do KC - nawiązuję do sygnalizowanych trudności naszej agencji, jakie przewidujemy w sezonie 1967/68 na odcinku dochodowych imprez estradowych". Co ciekawe, podczas gdy inicjatywa zaproszenia Stonesów nie napotkała poważniejszych oporów, władze kategorycznie sprzeciwiły się sprowadzeniu Beatlesów. Jak wynika z urzędowej korespondencji, przyczyną był pokazywany w kinach brytyjski film "The Beatles" ze scenami zbiorowej histerii na koncertach. Władze obawiały się najwyraźniej, że do podobnego bezhołowia mogłoby dojść również w Polsce. "Tow. Syczewski uważa, że nie ma powodu propagować big-beatu" - napisano odręcznie na wniosku Pagartu, definitywnie zamykając sprawę. Najwyraźniej tow. Syczewski nie miał pojęcia, co dzieje się na widowni, kiedy śpiewa Mick Jagger. Obojętnie usiedli na kanapie
The Rolling Stones przylecieli do Warszawy w przeddzień koncertu. Na Okęciu aktywistki ZMS w białych koszulach i krawatach wręczyły osłupiałym muzykom po bukieciku. Stuosobowy tłum fanów wiwatował w oddali na ich cześć, a celnicy przystąpili do skrupulatnej rewizji bagaży - co raczej dowodziło, że PRL mimo wszystko się modernizuje, bowiem tak samo traktowano zespół (znany z upodobania do narkotyków) na wszystkich zachodnich lotniskach.
"Z Paryża polecieliśmy na dwa koncerty do Warszawy. Nic nie było w stanie przygotować nas na to, co zastaliśmy za żelazną kurtyną - czytamy we wspomnieniach Billa Wymana. - Warszawa była depresyjna, szara i ponura. Jadąc do najlepszego hotelu w mieście, zauważyliśmy, że ulice wyglądają dziwnie spokojnie, był na nich bardzo mały ruch i niewielu pieszych. Potem okazało się, że mój pokój jest trójkątny, a pośrodku stoi wielka betonowa kolumna, z którą zawsze musiałem się zmierzyć, idąc do toalety. Chodziliśmy jeden do drugiego, żeby sprawdzić, kto ma lepszy pokój, ale żaden nie był dobry. Nie było telewizora, tylko radio, w którym nie było nic słychać, bo wyglądało na to, że stacje są zagłuszane. Obiad był dość skromny, ale kosztował fortunę. Chcieliśmy iść na spacer, ale tajni funkcjonariusze nam na to nie pozwolili. Za każdą kolumną stał agent w cywilu".
Po południu w hotelu odbyła się konferencja prasowa. Na sali przeważali dziennikarze zagraniczni, było też kilku fanów, którym udało się wślizgnąć w przebraniu reporterów. Andrzej Olechowski i Tomasz Wielski opisali przebieg spotkania w miesięczniku "Jazz": "Weszli dziwacznie poubierani, błyszczące koszule i wdzianka, kolorowe łaty na spodniach, chusty na szyjach, niezliczone ilości pierścieni na palcach. Brian Jones w ogromnym kapeluszu, z dwoma sznurami korali, w damskich butach na półsłupku, włosy nie za długie. Obojętnie usiedli na kanapie".
Pytania nie należały do podchwytliwych. "Obecnie w USA, a dawniej w Anglii pisano o tobie Richards. Nazywasz się Richard czy Richards?" - zagadnięto Keitha Richarda. "Wszystko jedno!" - odparł muzyk.
Za godzinę zespół miał zagrać dla kilku tysięcy warszawiaków, z których część nie zetknęła się z jego muzyką nigdy wcześniej. "Trzeba pamiętać o jednej rzeczy - mówi Rosner - myśmy wszyscy słuchali zachodnich rozgłośni, ale nie było żadnych płyt oprócz prywatnego importu, piekielnie drogiego. W sklepach płytowych w ogóle nie było zachodniej muzyki. >>Trójka<< docierała do nielicznych szczęśliwców, bo trzeba było mieć radio z zakresem UKF, co wcale nie było rozpowszechnione. Pozostawało tylko Radio Luksemburg na falach średnich i Rozgłośnia Harcerska, kiepsko zresztą słyszalna".
Ponieważ bilety na koncert dawano według rozdzielnika, przekrój społeczny widowni był inny niż na Zachodzie. "W środku było zabawnie - zapamiętał Rosner. - Towarzystwo mieszane. Trochę sympatycznej młodzieży, która machała, czym się dało, trochę znanych twarzy - z filmu, ze świata artystycznego - i dziwne towarzystwo garniturowo-oficjalne, które usadowiło się w pierwszych rzędach. Oni kompletnie nie wiedzieli, jak się zachować. Z tyłu powiewają marynary - ja powiewałem swetrem, nie nosiłem jeszcze wtedy marynarek - natomiast z przodu siedzą ludzie, którzy ogłupiałym spojrzeniem to patrzą na widownię, to zerkają do tyłu. Myślę, że Stonesi też byli skonsternowani".
Mimo wszystko nastrój podczas koncertu z pewnością nie był sztywny. Publiczność, zwłaszcza w tylnych rzędach, reagowała żywiołowo. "Jeszcze przed rokiem czy dwoma milicja - czujnie nadzorująca porządek na wielkich imprezach bigbeatowych - interweniowała, gdy ktoś zerwał z siebie marynarkę lub popadł w trans - pisał w warszawskiej "Kulturze" Krzysztof Teodor Toeplitz. - Na koncercie Rolling Stonesów przeżywający euforię widzowie mogli być spokojni - stróże porządku doskonale wiedzieli, że >>tak ma być Podczas występu na widowni panował straszny hałas, który sięgnął zenitu, gdy zespół zaśpiewał "Satisfaction". Sala wyła, chwilami zagłuszając Stonesów, ale nikomu to nie prze-szkadzało. Zbigniew Korpolewski zapowiadający oba koncerty wspomina swoją późniejszą rozmowę z Jaggerem: "Powiedziałem, że podczas koncertu dziewczyny zagłuszały piskiem całą ich muzykę. Odpowiedział, że na koncert wszyscy przyszli nie dla muzyki, lecz dla satysfakcji bycia ze Stonesami w tym samym miejscu, i że jeśli chcą posłuchać muzyki, mogą sobie kupić płytę" (cytat pochodzi z książki Marka Gaszyńskiego "Mocne uderzenie"). Ekscentryczne zachowanie Stonesów musiało robić piorunujące wrażenie - wygłupiali się przecież na scenie, która była oficjalną witryną Peerelu. Tutaj podczas zjazdów partii zasiadali członkowie Biura Politycznego KC, stąd Władysław Gomułka wygłaszał wielogodzinne przemówienia do narodu, tu recytowano "wiązanki poetyckie" podczas licznych akademii "ku czci". Wiele osób zapamiętało moment, kiedy Jagger odwrócił się tyłem do publiczności, a potem pochylił i zaczął klaskać, splatając ręce między nogami. Podobnie zachowywał się na innych koncertach, ale większość polskiej publiczności odebrała to jednoznacznie. "Wypiął się na oficjeli" - mówiono potem. Marek Gaszyński przytacza relację muzyka Czerwono-Czarnych Henryka Zomerskiego: "Pamiętam taki widok: Jagger siada na skraju sceny, gdzie postawione były donice z kwiatami, i nagle te kwiaty z tych doniczek zaczyna wyrywać i rzucać w widownię. Sypie się ziemia, a on to wszystko >>buch<< w pierwsze rzędy". Podobno jedna z dziewczyn na widowni złapała różę rzuconą przez wokalistę zespołu, ale bojąc się, że inni zaraz wyrwą jej cenne trofeum, zjadła ją na oczach zawistnych fanek. Znany dziennikarz Janusz Atlas zanotował we wspomnieniach: "W trakcie imprezy, po przerwie - przed którą dokazywali na estradzie Czerwono-Czarni - kolega B. zwierzył mi się, że ma doskonały pomysł. Pałętając się po korytarzach, znalazł męską toaletę, taką bardziej zakonspirowaną, w górnym foyer. Zaproponował, abyśmy się tam zadekowali na dwie godziny, a potem wmieszali w tłum nowej publiczności i tak zaliczyli Stonesów po raz drugi. To było czyste szaleństwo, ale spontanicznie zgodziłem się. Pamiętam to oczekiwanie w kabinie, we dwóch na jednym sedesie, bez ruchu. Bałem się panicznie, jak nigdy. A jednak udało się! Przykucnięci za filarem, na górze amfiteatru oglądaliśmy po raz drugi somnambuliczne drgawki Micka Jaggera. Mnie najbardziej jednak fascynował albinos Brian Jones w bijącym po oczach szalu boa, bawiący się strunami gitary, ale najwyraźniej nieobecny duchem, jakby go ta cała impreza nie obchodziła. Nie miałem pojęcia, że tak zachowuje się nieuleczalny narkoman, tuż przed grobem" (cytat za Markiem Gaszyńskim). O ile występ brytyjskich muzyków większość recenzentów oceniła przychylnie, na występujących przed Stonesami Czerwono--Czarnych nie zostawiono suchej nitki. "Ilością decybeli starali się dorównać angielskim kolegom - pisał na łamach "Expressu Wieczornego" Aleksander Rowiński. - Zagłuszanie własnych solistów udało im się znakomicie, a Czerwono-Czarni zapisali się wczoraj w historii polskiego rhythm and bluesa wprowadzeniem swojego rodzaju walki solistów z cieniem reflektora. Dotychczas walka taka była znana tylko z treningów bokserskich". Stonesi nie słuchali występu polskiego zespołu, wedle Karewicza (w relacji Gaszyńskiego) czekali na swój występ w specjalnym pokoju dla VIP-ów - tym samym, w którym podczas zjazdów partii Gierek spotykał się później z Breżniewem. Czerwono-Czarnym miała jednak przypaść ważna rola podczas tego koncertu - wedle kilku niezależnych relacji uratowali występ brytyjskich gości, pozwalając im zagrać na własnym sprzęcie, gdy przywiezione przez Stonesów wzmacniacze spaliły się nieumiejętnie podłączone przez techników. Psy chciały skakać do gardeł
Kiedy na sali odbywał się koncert, przed Pałacem trwała bitwa milicji z kibicami. Skala zajść musiała być duża, skoro nazajutrz wspomniały o nich wszystkie dzienniki. Potępiano "chuliganów, którzy nie przepuszczą żadnej okazji do rozróby". "Można było podziwiać opanowanie i zimną krew funkcjonariuszy MO, którzy przez ponad godzinę starali się uspokoić tłumy nastolatków - pisało "Życie Warszawy". - Dopiero gdy poleciały kamienie i cegły, gdy zaczęto tłuc klosze na kandelabrach wokół Pałacu i rozbijać szklane gablotki, a także szyby w samochodach - warszawska milicja przeszła do energicznego kontrdziałania. W ciągu kilkunastu minut na terenach wokół Pałacu Kultury zapanował spokój i porządek".
Zupełnie inaczej zapamiętał przebieg wypadków Rosner: "Ludzie byli rozpiekleni, bo to był jeden jedyny koncert legendarnego zespołu w Warszawie, ale burdy spowodowała bardzo agresywna i chaotyczna akcja milicji. Stałem na podeście schodów prowadzących do amfiteatru, skąd miałem świetny widok na to, co się działo przed salą. Tłum gęstniał coraz bardziej. Widziałem oddziały ZOMO z Golędzinowa, które wchodziły w tłum klinami - wypróbowali to później w marcu. Pamiętam pałowanie, brutalne wyciąganie i przepychanie ludzi, żeby wpuścić tych z biletami. Sprawiało to wrażenie albo bardzo źle przygotowanej akcji, albo typowych działań represyjnych, żeby tylko spałować. I te psy, które rzucały się na smyczy i chciały skakać do gardeł. To był szok. Znałem to z filmów wojennych, ale pierwszy raz widziałem na własne oczy".
Atmosferę podgrzało dodatkowo pojawienie się fałszywych biletów. Krzysztof Gula, którego mama nie zdołała jednak załatwić wejścia na koncert, zgromadził całą posiadaną gotówkę i przyszedł pod Pałac w nadziei, że odkupi od kogoś bilet. Okazja wkrótce się trafiła, a cena - 200 złotych - wydawała się umiarkowana w porównaniu z astronomicznymi sumami, jakie oferowano wówczas w tłumie. Gdy Gula dotarł do wejścia, spotkało go bolesne rozczarowanie: ">>Fałszywy<< - powiedział portier, podarł bilet i wyrzucił. Rany boskie!". Ludzi w podobnej sytuacji - oszukanych i rozwścieczonych fanów - z pewnością były tego dnia setki.
Wojciech Duda w książce "Kultowy PeeReL" przytacza pismo, jakie minister kultury i sztuki Lucjan Motyka skierował do I sekretarza Komitetu Warszawskiego: "Dnia następnego po występie zakazałem sprowadzania do kraju zespołów, których występy mogłyby powodować podobne zakłócenia porządku publicznego".
Ale tym, czego władze powinny obawiać się najbardziej, nie były przecież burdy przed kasami. Sceniczny luz prezentowany przez Stonesów stanowił wyzwanie dla hierarchicznego porządku społecznego. "To było coś więcej niż zabawa - wspomina swój udział w koncercie Rosner. - Cały model wychowawczy prezentowany przez ówczesne władze w ogóle nie dopuszczał czegoś takiego jak Stonesi, toteż byłem ciężko zdumiony, że w ogóle ktoś pozwolił na ich przyjazd. Pamiętam, jak w moim skądinąd liberalnym liceum, czyli w Rejtanie, pilnowano długości włosów, były sugestie, żeby nie chodzić w zbyt kolorowych ubraniach. A i tak pod względem swobody ubioru rejtaniacy odbiegali na korzyść od przeciętnej masy licealnej".
Dziesiątki, a może setki tysięcy młodzieży z całej Polski mogło zobaczyć ekstrawaganckie zachowanie muzyków i żywiołową reakcję publiczności dzięki wydaniu Polskiej Kroniki Filmowej na przełomie kwietnia i maja wyświetlanemu przed seansami. Niektórzy chodzili wówczas do kina po kilkanaście razy specjalnie dla parominutowej relacji z Sali Kongresowej. "Byłem wtedy w szóstej klasie - mówi publicysta Piotr Bratkowski - ogromne wrażenie zrobił na nas widok naszego nauczyciela od robót ręcznych, który rzuca marynarką. Później został absolutnym królem szkoły".
"Uderzyło mnie wtedy, jak strasznie dużo nas dzieliło od świata Zachodu w warstwie obyczajowej, w warstwie mody, w warstwie podejścia do życia - wspomina Gaszyński. - U nas socjalizm skuty cenzurą, brak paszportów, ciągłe uzależnienie od decydentów, którzy nieustannie mieli nas pod kontrolą - i wynikający stąd strach, sztampa, samoograniczenie. I przyjeżdża nagle zespół zachodni, który jest na pełnym luzie". Prawdopodobnie właśnie ostentacyjna spontaniczność Stonesów - której doświadczyli mieszkańcy świata, gdzie wszystko miało być zgodne ze scenariuszem - najmocniej zapadła widzom w pamięć.
Markowi Gaszyńskiemu dziękuję za udostępnienie mi maszynopisu książki "Mocne uderzenie", która ukaże się jesienią nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka
* PIOTR OSĘKA
historyk, adiunkt w Instytucie Studiów Politycznych PAN. W najbliższych dniach nakładem wydawnictwa Trio ukaże się jego książka "Rytuały stalinizmu. Oficjalne święta i uroczystości rocznicowe w Polsce 1944-1956"
Ekscentryczne zachowanie Stonesów musiało robić piorunujące wrażenie - wygłupiali się przecież na scenie, która była oficjalną witryną Peerelu. Na zdjęciu: Mick Jagger w Sali Kongresowej, 13 kwietnia 1967 r.