FAŁSZYWA DIAGNOZA SCHETYNY
KOMENTARZ FAŁSZYWA DIAGNOZA SCHETYNY Szef PO Grzegorz Schetyna wyłożył w tygodniku "Do Rzeczy", jak widzi przyszłość Platformy i Polski. A ponieważ błędne przesłanki, jak w tym
Nie ma zmiłuj
Według wielu komentatorów były to "wybory protestu", stąd tyle głosów oddanych na partie skrajne. Ale przecież obserwowaliśmy także "wybory nadziei". Choć dla ludzi "Solidarności" zabrzmi to jak bluźnierstwo - głosując na SLD, Polacy wybierali także demokratyczną normalność. Jeśli nie chcieli partii kojarzących się z dotychczasowymi rządami, a zarazem pragnęli wesprzeć ustrój III RP, mieli do wyboru tylko Sojusz. Słyszę też często, że sukces Samoobrony i Ligi Polskich Rodzin to przejaw antydemokratycznych nastrojów. Rzeczywiście, trudno uznać te partie za przyjazne wobec III RP. To samo da się powiedzieć o części PSL i PiS. Tyle że taka diagnoza nie wystarcza. Na przykład w jakiejś mierze my sami - liberalni politycy, komentatorzy, dziennikarze - stworzyliśmy ludziom motywację, by głosowali na Andrzeja Leppera i Antoniego Macierewicza. Prowadząc w ostatnich miesiącach wielkie kampanie antykorupcyjne, bezwiednie umocniliśmy przekonanie, że politycy w Polsce to banda złodziei i pasożytów. Ta zbiorcza etykieta nie obejmowała jedynie tych, którzy działali na marginesie polityki - jak Lepper czy Macierewicz. Toteż łatwo o złudzenie, że Liga i Samoobrona to jedyne partie "czystych rąk". Ponadto na fali tych nierzadko histerycznych nastrojów ludzie mogli zapomnieć, iż "czyste ręce" nie oznaczają "czystej głowy". Takich motywacji, niezwiązanych wprost z aprobatą skrajnych ideologii, dałoby się znaleźć więcej. Choćby wiarę: ci, którzy jeszcze nie rządzili, znajdą proste rozwiązania skomplikowanych problemów. Przecież od lat liczni politycy przekonują naród, że nasze kłopoty biorą się z indolencji bądź złej woli rządzących. W tym myśleniu miarą dobrej władzy jest społeczny błogostan. Jak sądzę, akurat w tej kwestii część ludzi uwierzyła propagandzie. No to wybrali radykałów, którzy nie mieli jeszcze okazji sprawdzić się przy budowie raju na ziemi.
Niedobry człowiek
Kilka dni temu w wiadomościach jednej ze stacji radiowych najpierw podano informację o rocznicy bitwy warszawskiej, a potem - o dziurze w budżecie. Wyszło na to, że zatrzymanie bolszewików 80 lat temu to zdarzenie ważniejsze niż współczesna groźba zatrzymania rozwoju kraju. Ta hierarchia ważności zbytnio mnie nie dziwi. Wojna z Rosją Sowiecką to fakt potwierdzony. A kryzys finansowy państwa? Niewielu ludzi dopuszcza myśl o realności zagrożenia. Nie tylko dlatego, że najczęściej wierzy się w katastrofy dopiero, gdy się wydarzą. Jest też inny powód: od początku III RP różne formacje polityczne wielokrotnie ogłaszały, że Polska już zginęła. W wersji SLD od 1990 r. naród wykańczały "solidaruchy"; według wielu środowisk "solidarnościowych" Polskę niszczyli "postkomuniści". Natomiast PSL konsekwentnie głosiło, że na Polaków uwzięli się wszyscy poza aktualnym prezesem partii. A przecież oprócz tych ugrupowań jest wiele innych. I niemal każde miało swój dzień, ujawniając, że już nas sprzedano, zagłodzono lub pozbawiono praw i godności. W tej propagandzie słowa "kryzys" i "katastrofa" należały do najłagodniejszych. Czy dziś mogą przestraszyć? Cóż może nam jeszcze dopiec, skoro - jak zewsząd słychać - od lat żyjemy w stanie absolutnej klęski materialnej i moralnej?
GDZIE JEST PREMIER?
Leszek Miller - coraz mniej szef państwa, coraz wyraźniej przywódca aparatu SLD. Zamiast dyscyplinować działaczy, ulega ich łapczywości na posady i władzę - pisze MAREK BEYLIN
Ale o co chodzi, panie ministrze?
Gdy Andrzej Celiński obejmował urząd ministra, ludzie kultury nie liczyli na cuda, tylko na jego kompetencje i spójny program. Ich oczekiwania spełniły się w połowie: cudów rzeczywiście nie ma, lecz zamiast programu obserwujemy niejasne i chaotyczne zachowania. Dość przypomnieć - na szczęście poniechany - projekt drastycznych cięć dotacji dla mniejszości narodowych. Jaka myśl przyświecała wtedy ministrowi? Do dziś nie wiadomo. Mnożące się wątpliwości co do sensu działań Celińskiego nie tłumaczą się tylko tym, że jest mniej pieniędzy na kulturę, więc nikt nie czuje się usatysfakcjonowany. Przede wszystkim nie sposób zrozumieć decyzji ministra. Rodzi to nie mniej niepokojów niż pusta kasa.
Nasi i tamci
Eksplozja agresji i nienawiści, która dosięgła w Sejmie szefa IPN Leona Kieresa i prezesa NBP Leszka Balcerowicza, poruszyła wiele środowisk. Co więcej, Liga Polskich Rodzin i Samoobrona, które rozpalają te złe emocje, trzymają się mocno. To sprawia, że niemało ludzi przestaje się czuć w Polsce jak u siebie. Zamiast jeszcze niedawno oczywistego pytania - jak zatrzymać barbarzyńców? - z wolna pojawia się inne: czy to się uda? Do naszego życia wkrada się strach przed wielką katastrofą. Jest tym silniejszy, że tak dzieje się nie tylko w Polsce. W wielu krajach Europy populizm, ksenofobia stają się codziennymi instrumentami polityki. Jakby bez nich nie dało się już rządzić i zabiegać o wyborców. Daleko odeszliśmy od dawnych szlachetnych wyobrażeń, że polityka powinna cywilizować obyczaje i budować wspólnotę. Dziś nikt w to nie wierzy. Ten ponury obraz upadłej Polski zatruwa myślenie elit. Boimy się, ale nie wiemy, co robić. Czasem wygląda to tak, jakbyśmy już tylko czekali, aż powiedzie się populistyczny "marsz na demokrację".